ON:
Jest 3 rano, pracuję nad projektem dla klienta, Burn buzuje w żyłach, a na uszach w słuchawkach Fish śpiewa o „Perfumowej Rzece”. Wybity ze snu, na pograniczu dnia i nocy, nie chcę się kłaść. Koszmary dnia odeszły w zapomnienie, a demony budzące się o 3 A.M szydzą z boga, zapominają o tym, że za chwilę światło dnia padnie na ich blade lica. W tej godzinie czas płynie inaczej. Wszystko jest szare, kolory dawno temu odeszły, brata słońce zabił księżyc, a w kątach pokojów czają się strachy naszego dzieciństwa, mają paszcze pełne zębów i łapy pełne szponów tnących ciało jak nożyce papier.
W takich chwilach najlepsze są te sekundy samotności, momenty zapomnienia, gdy zawisamy pomiędzy rzeczywistościami. Z jednej strony za rękę trzyma nas nadchodzący poranek, a z drugiej siostra noc szepcze – „Przyjdź!”. To czas wyjątkowy, chwile całkowitego otępienia, oddania się przyjemności niebycia.
Wisząc gdzieś na tej krawędzi resztami sił, trzymając się mijającego dnia, postanowiłem puścić w tle film, obrazki biegnące po ekranie, pozwalające skupić się na pracy, ale rozpraszające na tyle, by nie oddać się objęciom Sandmana. Na ekranie telewizora pojawiły się pierwsze sceny filmu „Kobieta w klatce”. Europejska historia potrafiła oderwać mnie od ekranu komputera, przede wszystkim dlatego, iż w pierwszych trzech minutach zapowiadało się na dwa trupy. Odłożyłem myszkę, zostawiłem projekt i cofnąłem film o kilka klatek. „Kurwa! Zbili główne postacie?” Całkiem szybko okazało się, że nie, że byłem w błędzie, ale moja uwaga została przyciągnięta. Główny bohater – Carl przeżył postrzał, a jego kumpel leży w szpitalu, starając się pogodzić ze swoim stanem.
Siedząc na kanapie z nocnymi marami, patrzącymi przez moje ramię, zacząłem zagłębiać się w historię Carla, w jego rozpierdolone życie, które nie ma sensu, a jedynym celem istnienia stała się praca. Jego życiowa partnerka zostawała go z własnymi demonami, które stara zabić się goryczą i smakiem wódki. Niestety, nie udaje się. Koniec końców wybawieniem jest to, co rzuciło go na kolana cierpienia – robota. Szef policji Marcus Jacobsen ma dla upadłego gliny propozycję nie do odrzucenia. Z przyczyn politycznych ktoś powołuje wydział „Q”, zamknięty w piwnicznych archiwach oddział składający się z Marcusa i jego nowego partnera Assada. Jednostka ta ma za zadanie przyjrzeć się starym, przedawnionym sprawom, znaleźć niedociągnięcia, uchybienia i po raporcie wywalić teczkę do kosza.
Dla gliny z wydziału zabójstw ta degradacja, to policzek, kop, który zapiera dech w piersi, ale nie ma wyjścia. Assad okazuje się całkiem sensownym partnerem i widać, że także gdzieś za jego plecami stoi demoniczna przeszłość, która ściągnęła go w podziemia posterunku policji. Co to za tajemnica? Tego nie wie nikt. Z początku niechętni do siebie mężczyźni zaczynają razem współpracować i zabierają się za sprawę samobójstwa sprzed pięciu lat. Grzebanie w przeszłości nie jest najlepsze dla policjantów, bowiem można wyłowić całą masę śmierdzących brudów, takich, których odór może zaszkodzić tym siedzącym na górze, tym którzy utworzyli wydział „Q”. Ktoś zaczyna wiązać im ręce, rzucać kłody pod nogi. Im dalej sprawa posuwa się do przodu, tym trudniej jest bawić się w policję.
Noc otuliła mnie ciemnym kocem, mrucząc do ucha, chciała uśpić, ale nie udało się jej. Przegrała z „Kobietą w klatce”. Filmem, który nie jest wyjątkowy, nie jest rewelacyjny, ale ma w sobie to coś. Oparty na prozie Jussi Adler-Olsen wprowadza nas w tajniki pracy europejskiej policji, w życie straconych policjantów, w ich problemy i lęki. To nie larsonowska opowieść o dziewczynie walczącej z całym światem, ale trzeba powiedzieć, że równie klimatyczna. Tym bardziej raduje mnie, że za rok pojawi się kolejny film z cyku, bowiem powieści o Carlu i Assadzie jest cały cykl. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę mógł znów wraz z nocnymi demonami starać się rozwiązać zagadkę, którą dostanie wydział „Q”.
ONA:
Filmy europejskie nie należą do grona moich ulubionych z kilku powodów. Po pierwsze – o ile nie jest to durna, francuska lub czeka komedia, fabuła jest ciężka. O wiele cięższa niż to, do czego przyzwyczaja nas amerykańska Fabryka Snów. Po drugie – strasznie drażni mnie to, że nie rozumiem języka, którym posługują się w filmie. Zmuszona jestem skupiać się na literkach, a nie na kadrach i scenach, na mimice, bo za cholerę nie jestem w stanie wywnioskować sobie nawet tego, co akurat mówią bohaterowie. Ale od czasu do czasu odpalam jakąś produkcję ze Starego Kontynentu, uświadamiając sobie, że to zupełnie inny rodzaj sztuki.
Jeśli w ciągu pierwszych trzech minut padają trupy, to oznacza, że film będzie mocny. W tym przypadku – będzie to mroczny i surowy kryminał ze sprawą, która aż błaga o wyjaśnienie. Po niezbyt udanej akcji, do pracy wraca detektyw Carl Mørck. Męczy go to traumatyczne przeżycie, ma wyrzuty sumienia, ale wierzy, że powrót do pracy postawi go na nogi. Ale trafia na sprzeciw przełożonego, który obawia się, że po trudnych wydarzeniach jeszcze zbyt wcześnie, by Carl zaczął znowu działać. Ale nie zostawia go na lodzie – oferuje mu pracę z tzw. Departamencie Q, którego zadaniem będzie przejrzenie otwartych spraw z ostatnich 20 lat. 1, no maksymalnie 2 sprawy tygodniowo. I ten sposób ma go z głowy na najbliższe 3 lata. Carl był detektywem, który potrafił odnaleźć błędy, do nowej fuchy nadaje się wprost rewelacyjnie. Tak przynajmniej myśli jego przełożony. Z kolei sam zainteresowany jest lekko wkurzony tym wszystkim. Nowe obowiązki zupełnie go nie satysfakcjonują. Spędza czas w ciemnym biurze, pochylony nad starymi zdjęciami, raportami, dokumentami, próbując raz na zawsze zakończyć tragiczne historie, ciągle otwarte sprawy. I wtedy poznaje historię pewnej kobiety… Za sprawą filmowej retrospekcji cofamy się, by bliżej przyjrzeć się okolicznościom, które sprawiły, że kobieta znika. Rozpływa się jak cukier w gorącej wodzie. Jedynym świadkiem tego wydarzenia był jej niepełnosprawny brat. Teraz, po latach, do akcji wchodzi Carl. W ramach zainteresowania Was: ona żyje. Chociaż pewnie wolałaby nie.
Pierwsze wrażenie? Technicznie wydawało mi się, że to jakaś telewizyjna produkcja. Mnóstwo w niej niedoróbek, które raczej nie pojawiłyby się na dużym ekranie. Poza tym – no mnie drażnił język, którego nie rozumiem i który z uporem maniaka zmuszał mnie do skupiania się na filmie. Ale sama historia broni się. Jest fajna. Zaskakuje. Czasami pojawia się jakiś zbędny element, ale jest ok. Niesamowite ukłony należą się za klimat. Jest ciężko, jest mrocznie. A gdy do całości dodamy to, że w filmie mamy jednego, zdrowo piźniętego bohatera – film nabiera dodatkowych „walorów”, chociaż to chyba niezbyt udane słowo, które w pełni opisuje to, co mam na myśli.
Dla fanów kryminałów – pozycja godna polecenia.
