ON:
Pomimo tego, że „Król życia” jest wtórny, przewidywalny i bazuje na utartych sznytach – da się ten film oglądać. Nie jest to kino wybitne, nie jest tez bardzo dobre, po prostu wbija się pomiędzy inne polskie, lepsze lub gorsze obrazy. Jednakże po seansie nie dostałem raka i nie mam ochoty postawić go na jednej półce wraz z „Kac Wawa”.
Edward pracuje w corpo. Napierdala cały dzień przed kompem i telefonem by wyrobić postawione przez zarząd cele sprzedażowe. Jego poziom zawodowego wkurwu jest tak wielki, że w środku koleś eksploduje. To wszystko dobija się na jego żonie i córce. Chyba każdy z nas miał w życiu tak, że przynosił do domu pracę i kończyło się to ogromną kurwicą. Edward jest na skraju. Na dodatek jego przełożonym jest młody szczyl, który jest po prostu chujkiem. Pewnie życie naszego bohatera nie zmieniłoby się, gdyby nie wypadek samochodowy. Uderzenie w głowę spowodowało, że pod czaszką pozmieniały się jakieś ustawienia i facet zmienia swoje życie o 180 stopni. Jego przewartościowanie świata zmienia wiele i pozwala spojrzeć na nowo dotychczasowe i przyszłe życie. Rezygnuje z pracy, zaczyna zajmować się różnymi zleceniami, które mogą przynieść trochę grosza. Finansowo rodzina zaczyna odczuwać brak jego zarobków, za to w domu wszystko inne układa się jak nigdy dotąd. Edek bierze więc ster w swoje ręce. Zaczyna przebywać bardzo dużo czasu ze swoim kumplem z podstawówki, który jest alkoholikiem, zaczyna spędzać czas z ojcem, a nawet decyduje się na pracę w ośrodku odwykowym. Jedna rzecz jest bardzo prawdziwa w tym dziele. Pokazuje ono jak bardzo wkurwieni chodzimy każdego dnia i jak odbija się to na innych, bliskich nam osobach.
Chyba najbardziej może wkurzyć naiwność całej opowieści. Nie znam chyba nikogo kto tak, jak Edward zmienił wszystkiego w życiu. Chwilę jednak później zdałem sobie sprawę z tego, że wielu wielkich twórców, menadżerów pisarzy itd. tak właśnie rozpoczynało swoje kariery. Tyle że Edek chyba się do nich nie zalicza. Tak czy inaczej film dupy nie urywa, ale i tak jest lepszy niż 80% polskiego filmowego gniotu.
ONA:
Mam wrażenie, że wiem jak twórcy wpadli na pomysł nakręcenia takiego dzieła. Naoglądali się oni tych wszystkich spektakularnych, kasowych, komercyjnych filmów o podobnej treści, który wypluła Fabryka Snów i postanowili „Hej! Zróbmy coś takiego nad Wisłą! Przecież to nie może być trudne!”. Cóż.
Robert Więckiewicz jest świetnym aktorem. Jest charyzmatyczny, skupia uwagę, ma warsztat. Potrafi dobrze zagrać co tylko i kogo tylko chce. Jego problem jest tylko taki, że czasami wybierze sobie – delikatnie mówiąc – uwłaczający jego talentowi film, ale rozumiem. Maciej Stuhr kiedyś to dobitnie wytłumaczył, mówiąc o tym, że rachunki, kredyty się same nie zapłacą. Podręczniki dziecku trzeba kupić. Lodówkę zapełnić. Nie dziwię się zatem, że tak dobry aktor, jak Więckiewicz, zagra na lekkiej gumie od czasu do czasu w takim skrajnie przeciętnym filmie. Szkoda tylko, że jest jedynym, dobrym elementem filmu „Król życia”.
Potencjał był przez jakieś 15 minut. Ładne wnętrza, sympatyczna muzyka, sztuczne jak pieron dowcipy i dialogi, ale załóżmy, że możemy poudawać. Robert błyszczy. A po kwadransie zaczyna się coś pomiędzy „M jak miłość” a „Klanem”. A nie, przepraszam. U Lubiczów zdarzają się czasem jakieś spektakularne zwroty akcji. Tu tego zabrakło.
Silenie się na moralizatorską słodycz obrzydza całe to dzieło. To, co momentami było przyjemne, stało się nudne i oklepane. Nie ma w nim zbyt dużo miejsca na refleksję, co jakimś cudem udaje się w podobnych filmach z innych krajów. Jest jakieś dziwne zadęcie, którego nie potrafiłam zrozumieć i które z każdą kolejną chwilą wpędzało mnie w większą irytacją. Ten chyba miał wprawiać w pozytywny nastrój. Cóż. Ja go poczułam dopiero na napisach końcowych.
Jedyne plusy to Więckiewicz i całkiem ładnie pokazana Warszawa.
