ONA:

Z pewnością gdybym miała 14, no – maksymalnie 15 lat i była chłopcem, to ten film spodobałby mi się o wiele bardziej. A tak, mam ponad dychę więcej, a po zajrzeniu w strategiczne miejsca łatwo można ocenić, że należę do tej drugiej płci (tej, która wie jaki kolor to „peridot”, czym się różni sukienka od spódnicy i która z byle czego potrafi zrobić sałatkę i awanturę).

Szczerze powiedziawszy, nie miałam w planach oglądać „R. I. P. D. Agenci z zaświatów”, bo wydawało mi się to tak abstrakcyjnie skretyniałym filmem, że szkoda czasu, życia i całej reszty. Agenci z zaświatów? Poważnie? Ktoś sobie robi ewidentne jaja z nas… Wtem!  Jak to „rapował” Mezo „Niezła dzida, prędka akcja, wędka, spławik, Stajesz vis-a-vis niej i…” …i już jestem po seansie. Powiem tak: jeśli komuś pasował klimat z „Man in Black” – to może się wybrać na agentów z wydziału ds. Wiecznego Odpoczynku, bo to praktycznie kopia przygód agentów walczących z kosmitami. Niestety, „pierwowzór” był totalnie lepszy, a dzieło Roberta Schwentke (kolesia, który dał nam m.in. „Plan lotu”) to po prostu produkcja typu „wyrzyg”. A dlaczego porównuję go do MIB? Dwóch bohaterów: świeżak i stary wyjadacz, bez drogi powrotnej do „normalności”, walczący z dziwnymi „jednostkami”, robiąc to też w sposób zaiste inny, niż przeciętny. Plus „starszy” jest nie tylko sympatyczniejszy, ale i gra o niebo lepiej…

Naszym głównym bohaterem jest młody policjant – Nick (Ryan Reynolds). Poznajemy go, właściwie nawet zaczynamy go lubić, szczególnie, że ma całkiem ładną żonę, a jego służbowym partnerem jest Kevin Bacon. I jak łatwo można strzelić – bo przecież ten film jest o „życiu” po śmierci – Nick umiera. Zostaje zdradzony, łyka odrobinę ołowiu, ale zamiast przenieść się w którąś część życia wiecznego, on zostaje zrekrutowany do „R. I. P. D.”, którego zadaniem jest tropienie, łapanie i eliminowanie umarlaków, którzy mimo śmierci, ciągle drepczą po ziemskim padole (słodki Jezusie, durniejszej fabuły nie dało się wymyślić?!). Kiedy już otrząsa się z szoku wynikającego z a) własnej śmierci, b) faktu, że „istnieje” coś po niej, c) oraz tego, że „po” ten etap to nie koniec – godzi się wstąpić w orszak stróżów wieczności. Zostaje mu przydzielony starszy partner – Roy (Jeff Bridges), który ma go wdrożyć. Roy nie jest „typowy”. Przede wszystkim to „policjant” starej daty. Bardzo starej do tego. I jest kowbojem. Cóż, zawsze mogło być gorzej. Nasz duet zaczyna swoją pracę. Nick nie umie uwierzyć w to, co widzą jego oczy, ale w nowej sytuacji odnajduje się coraz bardziej, szczególnie, że jego śmierć najprawdopodobniej powiązana jest z jakąś grubszą sprawą… Zaczynamy zabawę…

Jeśli miałabym znaleźć jeden argument, którym chciałabym przekonać Was do obejrzenia tego dzieła, to niech to będzie Jeff Bridges, który mimo lat, zupełnie nie traci świeżości. Jego bohater jest po prostu prześwietny: dowcipny, cierpki, ironizujący i wypełniony sarkazmem po brzegi. To stary wyjadacz, który wiele widział, wiele przeżył i mimo nadszarpniętej daty zdatności do spożycia, ciągle jest w obiegu. Zupełnie jak Bridges. Jeśli chodzi o pozostałą część obsady, to Bacon nie znudził mi się nawet po „The Following”, ale Reynolds jakoś działa na mnie słabo. Był uroczy w „The Proposal”, ale nic mi nie urywa. Właściwie, nic mi nawet lekko nie drży, jak go widzę… Natomiast, jeśli chodzi o pozostałą część, która wchodzi w skład „filmu”, to jest kiepsko. Okej, efekty są, nawet nie najgorsze, ale to do kupy nie trzyma się zupełnie. Oglądałam to ze zdrowo przytępioną miną, zastanawiając się „DLACZEGO!?!!?”

To 100% kino dla gimbazy, która nudzi się na wakacjach. Wiem co mówię – podpytałam tych moich. Im się podobało. Ech, te dzieciaki…

ON:

Jest pewna choroba, która toczy praktycznie wszystkie produkcje, bazujące na licencji komiksowej. Jest to nijakość. Udało się jej uniknąć filmom z X-menami oraz ostatnim dziełom ze stajni Marvela*. Niestety, inne hity zostały przez tego wirusa strawione i wydalone. Stało się tak między innymi z najnowszą odsłona Man In Black. Powodem tego stanu rzeczy jest obniżanie na siłę granicy wiekowej i wpraszanie na sale kinowe dzieciaków.

Podobnie jest z R.I.P.D. Bazujący na komiksie Petera M. Lenkova filmik przeznaczony jest dla nastoletniego widza. Każdy, mający więcej niż 14-15 lat człek, będzie produkcją znudzony. Można powiedzieć, że mamy kalkę z Facetów w Czerni, tyle że kosmitów zastąpiono umarlakami, którzy przebywają po śmierci na ziemi, zamiast spokojnie oddać się na wieczny spoczynek. Tak samo jak w MIB jest dwóch agentów: jeden stary, on zjadł zęby na tej robocie oraz żółtodziób, niemający zielonego pojęcia, co się dzieje dookoła. Roy (Jaff Bridges) jest  staruchem, wyjadaczem, który pamięta XIX wiek, to typ cowboya. Mówi ze śmiesznym akcentem, nosi fikuśny kapelusz i pamięta jak za miłość płaciło się kilka centów. Dnia pewnego przyjdzie mu niańczyć nowego, zielonego jak szczypiorek na wiosnę Nicka (Ryan Reynolds). Chłopakowi zginęło się na służbie, gdy dostał kilka kulek prosto w klatę. A, zapomniałem dodać, że Nick był policjantem. Gdy po wspomnianej serii z kałacha odzyskał przytomność, coś wyglądało inaczej niż dotychczas. Czas jakby się zatrzymał, a nasz bohater zaczął unosić się do nieba. Trzask, prask ląduje na krześle przed jakąś dupą, która ma dla niego propozycję nie od odrzucenia. Zostajesz policjantem z R.I.P.D lub na sądzie ostatecznym masz przesrane. Jakie miał inne wyjście? Zgodził się. Kilka minut później poznał swojego partnera, opisywanego wcześniej Roy’a.

Tak oto dwaj niepokorni gliniarze zaczynają przemierzać ulice świata żywych w poszukiwaniu zbiegłych truposzy. Dziwny traf (scenarzysta) chce, że okoliczności śmierci Nicka zaczną się przeplatać ze śledztwem trupiej policji. Młody się uczy, czasami nie zbyt chętnie, ale koniec końców obaj panowie staną się dobrymi partnerami. Przecież ściganie śmierdzących trupów zbliża. Tak samo jak w przypadku MIB, cała organizacja jest tajna jak diabli, a każde pojawienie się zbiegów zza światów wśród żywych, nie jest mile widziane przez przełożonych. Trzeba więc spinać poślady.

Pomysł był całkiem ciekawy, realizacja na dobrym poziomie, ale czegoś brak. Nie jest za bardzo śmiesznie, nie jest za strasznie, za to jest nijako. Mając dwanaście lat bym się jarał jak sławne szczury na patyku z serii Fallout, ale teraz po prostu obejrzałem i zapomnę, bo nie jest to nic wyjątkowego. Szkoda wydawać kasę na bilet do kina, lepiej poczekać na premierę DVD lub jak pojawi się w jakiejś taniej serii.

* – trochę uogólniłem