ON:
Niektóre filmy są jak wino: najlepiej smakują zaraz po otwarciu butelki. Im więcej czasu upłynie od wyciągnięcia korka, tym gorsza jest zawartość szklanego naczynia. Taki los spotkał Przebudzenia z Robinem Williamsem. W latach 90-tych, gdy pierwszy raz miałem okazję obejrzeć to dzieło, byłem pod wrażeniem, trzynaście lat później wszystko troszkę zwietrzało, stało się lekko kwaśne.
Nie wiem, co jest tego powodem, gdyż obraz Penny Marshall jest przejmujący i naprawdę dobrze zagrany. Może chodzi o to, że już raz, a może i dwa widziałem Przebudzenia i żaden kolejny seans nie wnosi niczego nowego? Wiemy jak historia się zacznie, jak się potoczy i zakończy. Są jednak osoby, które nie miały jeszcze styczności z opowieścią o upartym lekarzu i ludziach odciętych od świata zewnętrznego, czyli jego pacjentach.
Film zaczyna się niepozornie. Poznajemy kilkuletniego Leonarda Lowe. Dzieciaka takiego jak wszystkie w jego wieku. Trochę urwis, trochę przylepa, spragniony wiedzy i rodzinnego ciepła. Pewnego dnia wydarzy się jednak coś, co na zawsze zmieni jego życie. Drugim bohaterem dramatu jest niejaki doktor Malcolm Sayer. Ciepły, pozytywny, trochę nieśmiały lekarz, który stara się o nową pracę. Podczas rozmowy rekrutacyjnej dostaje ofertę inną niż oczekiwał, ale nie znaczy, że gorszą. Zostaje lekarzem w zamkniętym szpitalu dla nieuleczalnie chorych. Większość z jego pacjentów, to osoby, które pewnego dnia się wyłączyły i wegetują, nie mając pojęcia o otaczającym ich świecie. Każdy inny zblazowany doktorek cieszyłby się na tę fuchę. Nikt nie truje dupy, kasa sobie wpływa na konto, czego oczekiwać więcej? Ale Malcolm jest inny, w otaczających pacjentach widzi ludzi, a nie tylko zwykłe przypadki. Przypadkiem zaś jest zdarzenie, które na pewien czas zmieni życie doktora oraz pensjonariuszy. Wydaje się bowiem, że zamknięte w sobie, pogrążone w katatonii czy innym stanie osoby reagują na zewnętrzne bodźce. Przedstawienie tej interpretacji szerszemu gronu lekarzy wystawia nowicjusza na pośmiewisko. Jednak upór i chęć udowodnienia sobie i innym, jak bardzo się mylą doprowadza go do nowego, będącego w fazie testów leku na Parkinsona. Teraz na scenę powraca dorosły już Leonard. Przebywający przez wiele lat w szpitalu nie posunął się ani o milimetr w terapii. To jego Sayer typuje na pacjenta “0”. Pierwsze próby terapii nie przynoszą skutku, ale w pewnym momencie następuje przełom i Leonard wraca do świata żywych.
Na ogromną uwagę zasługuje rewelacyjna kreacja Roberta De Niro, który w fenomenalny sposób zagrał chorego mężczyznę. Kolejna sprawa to sposób, w jaki poprowadzona jest historia oraz postać Malcolma Sayera. Williams jest aktorem, który samym wyglądem wymusza u widza sympatię, podobnie ma się sprawa tutaj. Niski, w lekarskim fartuchu, z lekkim zarostem i w okularach, do tego trochę ciapowaty i zagubiony powoduje, że od razu stajemy po jego stronie i trzymamy kciuki, kiedy podejmuje pionierską kurację.
„Przebudzenia” to bardzo spokojne melancholijne kino. Aż dziw bierze, że obraz ten nie otrzymał żadnej większej nagrody filmowej. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć tego działa to warto poświęcić mu 115 minut.
ONA:
Dobry dramat filmowy jest wtedy, kiedy niekoniecznie Cię wzruszy, ale da Ci do myślenia. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jest spora różnica pomiędzy produkcjami, które budzą w Tobie skrajne emocje (dla mnie takim filmem są „Stalowe Magnolie” i „Marley i ja”), a potem beczysz, beczysz i beczysz, a takie, po których zaczynasz się zastanawiać i nie umiesz przestać jeszcze długo po seansie.
Filmu „Przebudzenia” nie znałam. Zrzucam winę na moje ignoranctwo względem kina z lat 90tych. No nie znam go zbyt dobrze, ale systematycznie nadrabiam zaległości. Mam to szczęście, że kilka osób z grona znajomych, którzy są ode mnie starsi, o wiele lepiej lawirują w tym temacie, podrzucając mi same dobre tytuły. Jednym z takich były „Przebudzenia” – niewątpliwie genialny film z Robinem Williamsem i Robertem De Niro w rolach głównych. Znowu mamy klimat szpitala dla ludzi z psychicznymi defektami, do którego trafia doktor Malcolm Sayer (Williams) – człowiek, który oddał całe swoje życie nauce, medycynie i chęci pomagania innym. Nie do końca pasuje on do posady, którą zajął, ale właśnie w tym tkwi cała tajemnica – na potrzeby, problemy i oczekiwania pacjentów mógł zajrzeć z zupełnie innej perspektywy. Jego uwagę zwrócili „uśpieni” chorzy, którzy jakiś czas temu wpadli w specyficzną formę śpiączki. Powoli analizuje kolejne przypadki, wyciąga wnioski, bada, zastanawia się i w końcu wpada na pewien pomysł… Do szczęścia potrzeba mu jednej osoby, która stanie się swoistym królikiem doświadczalnym. Wśród całej palety podopiecznych wybiera Leonarda Lowe (De Niro) i zaczyna terapię. Skutki są olbrzymie. Pacjent powoli, acz systematycznie wraca do normalnego świata po tylu latach odrętwienia. Małe kroki są olbrzymimi w kontekście diagnozowania i leczenia tego schorzenia. Doktor Sayer postanawia rozszerzyć spectrum o kolejne osoby. Walczy o finansowanie, jest pełny nadziei. Sukces goni sukces. Otępiały oddział szpitala nagle tętni życiem, jest gwarno, radośnie, zupełnie inaczej niż do tej pory. I właśnie wtedy zaczynają się pierwsze problemy…
„Przebudzenia” to bardzo spokojny film, z kilkoma epickimi momentami. Ogląda się go niezwykle spokojnie, w ciszy, jednocześnie przeczuwając, że zaraz się coś zrypie, bo przecież musi – to w końcu dramat. I kiedy już nam się wydaje, że od tej chwili może być tylko lepiej, twórcy mimo naszych wcześniejszych podejrzeń – zaskakują nas. A poza tym, jest prześwietnie zagrany, ale Williamsa i De Niro jakoś wybitnie reklamować nie trzeba. Panowie potrafią z najgorszego szmelcu wycisnąć ile się da i wychodzi klasa.
Właściwie mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że teraz się takich produkcji już nie robi, bo nawet dramaty kreowane są tak, by tylko ciągnąć kasę, co i widać, i słychać. „Przebudzenia” należą do zakurzonego, nieco zapomnianego gatunku, ale warto tę pozycję nadrobić.
