ON:

Jestem dziwnym graczem. W chwili gdy większość moich xboxowych znajomych gra w GTAV, ja wolę się babrać w szlamie. Lubię grać w słabe gry, bowiem czasem wśród nich znajduję wspaniałe perełki, niedocenione przez krytykę. Gram też dlatego, bo zbieram achki, hoduję swojego GS i nie mogę przejść obojętnie obok produkcji, która zawiera osiągnięcia. Czasami jednak żałuję poświęconego czasu i energii, gdyż mam do czynienia z produkcjami, które są kpiną z graczy i powstały tylko po to, aby wyciągnąć z nich kasę.

Tak właśnie jest z grą „Girl fight”, która niedawno pojawiła się na rynku XBL Arcade. Tytuł mówi wszystko. Dziewczyny będą lały się po ślicznych pysiach. Aby było jeszcze ciekawiej, panienki mają na sobie skąpe wdzianka, a pod nimi odpowiedniej wielkości kobiece atrybuty. Wiadomo „sex sells”, ale czy cytate, praktycznie nagie panienki to wystarczająco wiele, aby zachęcić do zakupu niezdecydowanego gracza? Okazuje się, że raczej nie. Gra, za którą odpowiada między innymi Microprose – studio znane z genialnego “UFO: Enemy Unknown”, jest nijaka pod każdym możliwym względem.

Scenariusz tego dzieła jest prosty i wydaje się być pisany na kolanie. Oto wielka, zła korporacja porywa dziewczyny z całego świata i zamyka je w wirtualnym świecie. Każda z uprowadzonych kobiet posiada jakieś wyjątkowe zdolności, no i odpowiednie wymiary. W ten sposób chcą wyłuskać żołnierza idealnego, który pokonując inne przeciwniczki, pokaże jak wiele jest wart. Co za by..zy..dura! Najgorsze jest to, że gra zupełnie nie ułatwia nam zapoznania się z fabułą. Większość rzeczy dowiadujemy się z zakupionych materiałów dodatkowych. Pierwsze uruchomienie pozwala nam włączyć tryb arcade, w którym rozpoczniemy walkę z naszymi przeciwniczkami, ale nic ponadto. Nie uświadczycie tutaj interaktywnych filmików, przerywników i obrazów. Zapomnijcie o nich. Mi przejście całego trybu zajęło kilkanaście minut.

Mechanika walk także zostawia wiele do życzenia. Mamy dwa przyciski odpowiadające za atak: jeden to uderzenie pięścią, drugi nogą. Do tego dochodzi blok oraz przerzut. Bohaterki posiadają jeszcze umiejętności specjalne pomagające w rozgrywce i urozmaicające walkę. Niestety, jest ich kilka i nie są aż tak wyjątkowe, by przechylić szlę na zwycięstwo jednej ze stron. „Girl fight” nie ma też wyjątkowej grafiki. Po prostu ładne cell shadingowe postacie i nic więcej. Brak widowiskowych finisherów, combosów i trójwymiarowych wielopoziomowych aren.

Kolejna bolączka to tryb online. Możemy zmierzyć się z przeciwnikami z innych stron świata, ale jest jedno małe „ALE”. Aby połączyć z innym graczem, musi on mieszkać w tym samym rejonie, co znaczy, że UE nie pogra z USA i odwrotnie. Nie ma co jednak płakać, bowiem i tak mało kto gra online. Trochę się temu nie dziwie.

W dobie „Mortal Kombat”, „Injustice” i innych świetnych mordobić, „Girl fight” jest jak mała śmierdząca kupka na kolorowym dywanie. Szkoda zmarnowanego potencjału. Płacić 35zł, zaprodukcję na max dwie godziny, jest stratą kasy. Lepiej dołożyć kilka zeta i zakupić stare dobre „Dead or Alive 4”, gdzie też jest masa podskakujących boobsów.

Może dlatego twórcy w taki oto sposób promowali grę w sieci? Sądząć, że kupią ją napalone nastolatki.

girl-fight