ONA:
Niedzielne wieczory to jedne z gorszych momentów w tygodniu. Niby z jednej strony masz jeszcze wolne, ale z drugiej – od pracy dzieli Cię zaledwie chwila. Masz za sobą wolne i wizję tego, że na kolejny luźniejszy dzień będziesz czekać aż 5 dób. Jakbym w niedzielny wieczór odpaliła jakiś dramat, obyczaj albo i nawet ckliwe romansidło – smuteczek po za szybko minionym weekendzie przerodziłby się w totalną deprechę, przy której masz ochotę wyć „Dajcie mi lody, ostre czipsy, czekoladę, sos serowy i krem krówkowy, zmiksujcie to wszystko i podajcie na Bradzie P.” Jako, że jedyna słodycz, która była obok mnie ma futro, wybrałam durną komedię amerykańską i właściwie – odmóżdzyłam się przyjemnie.
Oni są beztroską paczką przyjaciół, którzy wykorzystują każdą okazję do tego, by się po prostu nawalić w domku jednego z bandy. Oni wiedzą jak to zrobić i robią to dobrze. I wtedy pojawia się problem. Dom ma zostać sprzedany. W obliczu takiej tragedii, trzeba już na sam koniec zrobić coś epickiego, coś, co przejdzie do historii. Zatem „Zróbmy sobie orgię!” Może tego na pierwszy rzut oka nie widać, ale ja naprawdę lubię takie proste kino. Co prawda mój dyplom ukończenia studiów szlocha w kącie albo próbuje popełnić samobójstwo (tak samo było gdy oglądałam „Jersey Shore”), ale nie oszukujmy się – należę do tego grona osób, których przodkowie w Koloseum wrzeszczeli „Chleba i igrzysk, i durnych filmów!!!”
Czy „Zróbmy sobie orgię” jest filmem do polecenia? Owszem. Albo na ciężki wieczór, albo pod imprezę, najlepiej suto zakrapianą. Nawet kilka razy parsknęłam śmiechem. To taka zwykła, pozytywna komedyjka, w której wszystko krąży wokół seksu i wódy, a ja jeszcze jestem w takim wieku, że tego typu „namiętności” mnie nie dziwią. Gdybym była malkontentem, napisałabym, że ten film nie wnosi niczego, jest durny i irytujący. Bo właściwie jest. Jest też mimo wszystko produkcją odważną. Hedonizm i wieczne dionizje, ale trochę daje do myślenia. Dobra, przesadzam – tylko odrobinkę i to dopiero pod sam koniec. To nie jest jedno z tych dzieł, po którym wyhodujecie sobie własnego, prywatnego guza mózgu i właściwie jest w nim faktycznie orgia, więc co szkodzi?
ON:
Z komediami jest następujący problem: ponad połowa z nich nie jest śmieszna. Dystrybutorzy na siłę wsadzają słabe gnioty do tej kategorii i liczą, że w ten sposób sprzedadzą więcej biletów na podrzędne popłuczyny. Dramaty, obyczajówki, dramaty obyczajowe tak często mają doczepioną etykietkę z napisem komedia, że zęby bolą od tego namiaru. Coraz trudniej trafić na naprawdę dobre, śmieszne kino. Brak mi tych filmów, przy których nie mogę złapać powietrza, a łzy same ściekają po policzkach. Niestety, „Zróbmy sobie orgię” się do nich nie zalicza. Historyjka, którą przyjdzie nam obejrzeć, jest lekko pikantna, można powiedzieć, że nie brak jej też różowego koloru. Będzie tutaj nawet trochę golizny, ale nie jest ona śmieszna tak jak nagi, wkurwiony Mr. Chow z „Kac Vegas”.
Poznajcie Erica i grupę jego znajomych, z którymi systematycznie imprezuje. Szalone balangi odbywają się w domu jego ojca i zawsze są tematyczne. Niech was nie zmylą moje słowa, Eric nie jest gówniarzem, to już całkiem dorosły facet, który lubi taki styl bycia. Po jednej z mocno zakrapianych imprez pojawia się jego ojciec, który akurat jest przejazdem ze swoją nową dupą i oznajmia że zamierza sprzedać dom. Chce to zrobić w ciągu najbliższych tygodni, a z pomocą ma przyjść stara ropucha, wyjadaczka rynku nieruchomości i jej młoda asystentka. Taka kolej rzeczy nie jest tym co tygrysy lubią najbardziej, a tym bardziej tygrysy imprezowe.
Zaczyna się odliczanie do ostatecznego terminu, po którym to dom zmieni właściciela. Wiadomo, takie zakończenie sezonu balangowego trzeba odpowiednio uczcić. Pomysłów było kilka, ale koniec końców Eric postanawia zrobić orgię. W grupie znajomych jest kilku facetów, jest kilka dupeczek, więc może być zabawnie, przyjemnie i ciekawie. Początkowo spotyka się z dezaprobatą ze strony przyjaciół, ale podchody i tłumaczenia przekonują kolejne osoby do tego szalonego pomysłu. Właściwie dlaczego nie zabawić się raz, a dobrze bez zobowiązań, bez krępowania się itd. Oczywiście takie wydarzenie nie może przejść bez echa wśród innych osób, które nie zostały zaproszone na „imprezę”, co rodzi trochę problemów.
„Zróbmy sobie orgię” jest przeciętne, ma momenty, z których się zaśmiejemy, zarechotamy, ale jest ich zbyt mało, aby zakwalifikować to dzieło do komedii z górnej półki. Czegoś tu brak, szkoda. Moim zdaniem można obejrzeć, ale nie napalajcie się na wyjątkową rozrywkę.
