ON:

Problemy finansowe THQ doprowadziły do sytuacji, w której rozgrzebane produkcje wisiały na włosku, a tytuły, które już powstały, zostały pozbawione wsparcia. Panika została zasiana w sercach graczy. Każdy zadawał sobie pytanie: co dalej? Gdy świat dzienny obiegła informacja o całkowitym upadku firmy, wszyscy wzięli głębszy oddech i czekali z niecierpliwością na rozwój wydarzeń. Całe szczęście znaleźli się tacy, którzy postanowili wyciągnąć kasę i odkupić prawa i licencje do masy tytułów, które kiedyś posiadało THQ. Jednym z nich było „Metro: Last Night”.

Jest to kontynuacja „Metra 2033”, która pojawiła się kilka lat wcześniej. Tytuł ten nawiązuje do prozy Dmitrija Głuchowskego, który brał udział w tworzeniu scenariusza. Dzięki temu fan książki znajdzie w grze wiele nawiązań do papierowego pierwowzoru. „Last Night” kontynuuje wątek z poprzedniczki. Znów przyjdzie wcielić się nam w postać Artema, młodego mężczyzny, który musiał wziąć na swoje barki dobro ludzkości. Postapokaliptyczny klimat, jaki opisano w powieści, został bardzo wiernie oddany w cyfrowej produkcji. Przede wszystkim universum Metra to dwa światy: ten na górze (skażony i morderczy) i ten na dole (mniej skażony, ale i tak morderczy). Przeżycie tutaj w podziemiach, gdzie skryli się wszyscy ocalali z atomowego wybuchu, jest nie lada wyzwaniem. Kolejne grupki ludzi skupiły się wśród stacji metra i tam zaczęto na nowo budować cywilizację. Zaczął się handel, „rolnictwo”, zbieractwo. Nową walutą stała się wojskowa amunicja, a ludzkie życie straciło na wartości, straciło bardzo wiele.

Zaczęły pojawiać się grupy bojowników. Komuniści, potocznie zwani czerwonymi, Naziści walczący o czystość rasy oraz cała masa mniejszych lub większych oszołomów. Między nimi zwykli ludzie, rodziny z dziećmi Stalkerzy, wagabundzi. Pojawiło się zapotrzebowanie na usługi transportowe i eskortowe. Wszystko przez to, że w starych tunelach, w ciemnościach gęstych jak smoła, zaczęło pojawiać się coś. Co? Nie wie nikt. Stwory, które wcześniej nie miały prawa istnieć, zaczęły podchodzić pod ludzkie kolonie. Pojawiały się anomalie, miejsca, które doprowadzały ludzi do szału, są korytarze gdzie znikały całe grupy wędrowców, są też takie zakamarki, z których ludzie wracali odmienieni, jakby przeszli na drugą stronę, zobaczyli piekło.

W takim świecie idzie nam spędzić kolejne 10 godzin gry. Zaczyna się dość spokojnie, jak na taką opowieść. Podobno ktoś widział Czarnego. Istoty te mały duży wpływ na fabułę pierwszej części gry. Teraz jest ich brak. Dlaczego? Wszystko wytłumaczy nam scenariusz. Zaczyna się nasza podróż, bo jakby nie patrzeć to gra drogi. Przez te dziesięć godzin przyjdzie zwiedzić nam kolejne tunele i zakamarki, przyjdzie rozprawić się z niejednym mutantem i ludzką świnią. Wszystko w imię wyższych wartości i dobra tych najbliższych naszej skórze.

„Metro: Last Night” nie zmienia nic w porównaniu z pierwszą częścią. Wiele elementów zostało delikatnie poprawionych i podszlifowanych. Wprowadzono bardzo fajny system skradania i możliwości eliminacji wrogów, ale przede wszystkim postawiono na klimat. Ten jest fenomenalny, ciężki, mroczny i duszny jak korytarze moskiewskiego metra. To gra, na którą warto stracić wspomniana dziesięć godzin.