ONA:

Dziś na Marudzeniu będzie o grze, która ukrywa się gdzieś pomiędzy zamrożonym Waltem Disney’em, a czarnymi wołgami. W świecie planszówek jest niczym siarkofrut „Sperma Szatana” – każdy zna, nikt nie używał, ale znajomy znajomego ciotki babci wujka od strony Krysi – owszem. Ale tak się szczęśliwie składa, że ja miałam przyjemność grać z moimi dzieciakami w tę grę. I nie, nie jest to „Tomb Rider”. Dziś – „Ubongo”.

Uwielbiam planszówki, które nie są typowe, w myśl zasady „Rzuć kostką+przesuń się o ileś pól+wykonaj zadanie i tak do samego końca”. One są najnudniejsze i na ogół wystarczy mechanicznie robić po kolei te czynności. W pewnym momencie zaczynamy ziewać i zastanawiamy się, czy nie przemalować pokoju na nieco inny kolor. Za to uwielbiam gry, w których potrzebna jest strategia, gdzie trzeba coś zrobić, nad czymś pomyśleć, być szybkim i sprawnym, i wściekłym, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”. A kiedy to wszystko „odziane” jest w kilka gadżetów, które są naprawdę ładne – jestem kupiona! I właśnie do takich gier należy „Ubongo”.

Gra przeznaczona jest dla maksymalnie 4 graczy i składa się z kilku elementów. Mamy dużą planszę z otworkami, w których ułożone są kolorowe klejnoty i po której my przesuwamy się pionkami. Mamy kostkę i małe plansze z „tetrisowymi” puzzlami, które trzeba ułożyć w jak najszybszym czasie, co daje nam ilość ruchów do wykonania na wspomnianej już planszy z klejnotami. Celem każdego gracza jest zdobycie jak największej liczby świecidełek z jednego koloru. Zatem mamy nie tylko spryt, który potrzebny jest przy układaniu kloców rodem z Tetrisa, ale i element strategii – gdzie się przesunąć pionkiem na planszy, żeby zebrać jak najwięcej błyskotek, albo – żeby zablokować rywala. Gra ma dwa warianty: prostszy, w którym układamy całość z 3 klocków i trudniejszy – gdzie pojawia się dodatkowy element. Całość dopełnia mała klepsydra wypełniona piaskiem, która narzuca tempo. Nie można się ociągać! Kto wykona zadanie najszybciej – ma trzy ruchy. Każda kolejna osoba – o jeden mniej…

Moje wrzodki, gdy pierwszy raz usiadły do „Ubongo”, otworzyły oczy i usta w zachwycie. Tyle gadżetów, tyle rzeczy do wykonania, a to wszystko namacalne, kolorowe! Od tego czasu zwykła, przeciętna planszówka jest totalnie olewana – no, poza chińczykiem, ale w to gramy online. „Ubongo” jest świetną formą zabawy i dla dzieci, i dla dorosłych, którzy również muszą się nagłowić, żeby poukładać elementy do kupy i nie raz zauważyłam, że maluchom idzie to lepiej niż starszym.

Autorem tej fenomenalnej gry jest Grzegorz Rejchtman. Osadził on ją w afrykańskim klimacie, bo nawet sama nazwa w języku swaili oznacza „mózg”. Moim zdaniem połączenie różnych elementów robi wrażenie wielowątkowości i daje szerokie pole do popisu.

Niestety, jest jedno „ale”. Mimo totalnej zajebistości i pełnej akceptacji wśród dzieciaków, gra jest na rodzimym rynku niedostępna. Popytałam u największych polskich wydawców planszówek i wszyscy odesłali mnie z kwitkiem. Polski nakład został wyczerpany już dawno temu i nikt nie wpadł na pomysł, żeby odświeżyć licencje. Na szczęście, w cywilizowanej części Europy można kupić tę grę, a instrukcje obsługi ewentualnie pobrać z sieci. W różnych sklepach internetowych można znaleźć nieco „zmodyfikowane” wersje tej gry, które ponoć też dają radę. Niemniej, ja polecam pogrzebać w sieci i spróbować upolować pierwszą wersję – gwarantuję Wam, że z dzieciakami spędzicie świetnie czas, a i na „dorosłych” nasiadówkach można oddać się przyjemności grania w „Ubongo”, bo to gra inna niż wszystkie!