ON:
Przez następne kilka dni będziemy pisać o kolesiu w czarnej pelerynie, który nocami przeobraża się z milionera w jednoosobowy oddział do walki z przestępczością. Batman, bo o nim mowa, jest postacią specyficzną, nie każdemu bowiem może podejść mroczny, czasem ciężki klimat opowieści. Pierwszy Batman wyreżyserowany został przez Tima Burtona w czasach, kiedy jeszcze kręcił dobre filmy, a w ich obsadzie nie pojawiło się nazwisko Depp oraz Bonham Carter. Należę do grona szczęśliwców, którzy obejrzeli tę historię na wielkim ekranie. Było to w 1989 roku, a ja miałem całe 9 lat.
Od tego czasu wiele wody upłynęło w rzece, a ja mam za sobą wszystkie kinowe historie o człowieku nietoperzu – i te stare jak, i te nowe. Każda z nich ma swój klimat, część z nich jest totalnym kiczem, ale i tak znalazły one grono fanów. Ale jak by nie patrzeć – wszystko zaczęło się za sprawą tej burtonowskiej opowieści.
Dowiemy się z niej wszystkiego, co ukrywa w sobie komiks i co powinno zainteresować każdego, nie tylko fana komiksu. Burton przedstawił miasto takim, jakie znane jest z rysunkowych opowieści. Ogromne, gotyckie, brudne i ciągle starające się walczyć z wszechobecną przestępczością. W tej rzeczywistości muszą odnaleźć się bohaterowie tego komiksowego dramatu. Czerń i biel zlewają się tutaj w szarość przepełnioną symboliką i nawiązaniami do popkultury. Dla mnie Batmobile jest tylko jeden – to ten z filmów Burtona.
Gdy patrzę z perspektywy czasu, nadal odczuwam dreszcze emocji podczas seansu, tylko, że to już inne emocje niż, te które przeżywałem w 1989 roku. Joker nie jest tak przerażający, jak wydawał mi się wtedy, miasto okazało się mniejsze i mniej gotyckie, a postacie stały się lalkami w teatrzyku. To trochę jak powiedziała Paulina, dla niej ten Batman to opowieść zbudowana z kartoników i samochodzików. Nadal ogląda się tą część wyjątkowo dobrze, ale po nolanowskiej trylogii pozostaje niedosyt. Z drugiej strony to dopiero początek i wstęp do „Powrotu Batmana”, który jest jest już dopieszczony – tego, co pojawia się tam brak było w pierwszej części i widać, że 4 lata to w kinematografii ogromna przepaść. Nie mówię już tylko o efektach specjalnych, ale i o samysm sposobie opowiedzenia historii.
„Batman” Burtona to klasyk, który trzeba zobaczyć. Trzeba!
ONA:
Uwielbiam Batmana. Uwielbiam w każdej formie, w każdym ciele, w (prawie) każdej części. Dla mnie to kapitalna postać, która ma w sobie wszystko to, czego JA potrzebuję (czyli dużo kasy i aparycję młodego boga, wiadomo). Kiedy do domu zawitał kurier z niepozornym pudełkiem, w którym skrywały się cztery pierwsze filmy o Nietoperzu, zakwiliłam z radości jak mały berbeć. Niestety, dorosłość to stan paskudny, wrzód najgorszy, a w połączeniu z kosmiczną dawką stresu i obowiązków – zwykle nic dobrego z tego nie wychodzi. Minęło kilka tygodni. Na pięknym, blurejowym wydaniu pojawiła się warstewka kurzu, zatem postanowiłam – ba, wpisałam to nawet w kalendarzu. 10-13 marca – 4 dni ze „starymi” Batmanami. To, co jest wpisane w moim kalendarzu – jest święte.
Były takie czasy, kiedy Tim Burton miał już za sobą niemały sukces („Beetle Juice”), ale w swoich filmach jeszcze nie obsadzał tylko i wyłącznie dwóch aktorów. Powierzono mu historię o zamaskowanym rycerzu z Gotham i to dopiero było docenienie go jako twórcy. Jego wizja była mroczna i tandetna, ale umówmy się – to 1989 rok był, efekty specjalne były jedynie „efektami specjalnej troski”, a dla mnie – widza, który w tym momencie przyzwyczajony jest do spektakularnego widowiska, to wszystko było po prostu nędzne. Ta część przygód Człowieka Nietoperza ma rzesze fanów, ale ja do tej grupy niestety, nie należę. Dla mnie było to nudne i zupełnie nieporywające. Wiem, że to zupełnie inny poziom i inny „rodzaj”, niż ten wykreowany przez Ch. Nolana, ale ja pozostaję przy Batmanie w ciele Christiana Bale’a, z Jockerem, który nie śmieszy, a przeraża…
Gotham City to miasto, które budzi strach. Budowle są majestatyczne, nocą łatwo spotkać jakiegoś zbira, a wszystko otoczone jest szczelnie gęstą mgłą i dymem. Jest ciemno, przytłaczająco ciemno. Tu widać błysk noża, tu słychać wystrzał z pistoletu i krzyk, tam gdzieś pokaże się cień jakieś sylwetki, a policja generalnie ma to wszystko gdzieś. Skorumpowani do granic przyzwoitości już dawno przestali służyć prawu i mieszkańcom, a zaczęli mamonie. Niewielu dobrych ludzi pozostało w tym mieście, ale wśród nich jest Bruce Wayne, bogacz, który wykorzystując swój majątek, odwagę i siłę oraz inteligencję, nocami zmienia się w Batmana, który za wszelką cenę chce przywrócić ład i prawość na ulice ukochanego miasta. Tym razem musi stoczyć walkę ze zdrowo piźniętym gangsterem, któremu trochę poniszczył buziaczek. Jack Napier (Jakc Nicholson), aktualnie Joker, planuje zemstę. Chce mieć Nietoperza w garści.
Może jakbym urodziła się nieco wcześniej i oglądała tego „Batmana” pod koniec lat 80tych, podchodziłabym do tego dzieła inaczej. Tymczasem okej, fabuła może i fajna, ale wykonanie… – tu się zaczynam krzywić. Michael Keaton nie jest moim ulubionym Batmanem, Jack Nicholson nie jest moim ulubionym Jokerem, nie wspominając już o Alfredzie, Gordonie czy Dencie. I jeszcze do tego wszystkiego Kim Basinger z włosami, które błagają o odrobinę pianki i z zawsze białymi rajstopami. Efekty? O jakich efektach my mówimy? Miks resoraków, plastiku i żyłek, dzięki którym konstrukcje wzbijają się i opadają? Na mnie to nie robi zupełnie wrażenia, a całościowo przypomina mi to bardziej przedszkolne przedstawienie – wybaczcie, wiem, że kpię z klasyki, ale ja w tym dziele widziałam więcej niedoróbek i sztuczności, niż w kasecie na której mam nagraną moją Pierwszą Komunię.
Na szczęście, tylko ta część mi nie leży, jeśli chodzi o kino batmanowe. Potem jest tylko lepiej…
