ONA:

O ile wczoraj pozwoliłam sobie na lekką szyderę, dziś będę się zachwycać. Dla mnie druga część przygód Batmana jest tym, czym pierwsza dla Dawida – ja kwiczę z radości, bo to jeden z pierwszych filmów, jakie widziałam i tak intensywnie przeżywałam. Jak się ma 6 lat i z takim ogromem emocji ogląda się jakieś dzieło, to ono zapada w pamięci na zawsze. Dziś – „Powrót Batmana”.Fabuła krąży wokół kilku wątków, które im głębiej, tym bardziej są ze sobą połączone. Wszystko zaczyna się w rezydencji pewnej rodziny, kiedy to pojawia się nowy członek. Berbeć nie jest dzieckiem zwykłym. Właściwie można zapytać gdzie balowała jego matka, skoro on wygląda jak pingwin. Przerażeni rodzice postanawiają się pozbyć malucha, wrzucając go do kanałowego spływu. Myśląc, że problem został zutylizowany, żyli sobie jak gdyby nigdy nic. A tu po czasie z krętych, śmierdzących podziemnych korytarzy na światło dzienne wychodzi on – pokraczny, człapiący, obrzydliwie oślizgły Pingwin (Danny DeVito), który postanawia skupić na siebie uwagę Maxa Shercka (Christopher Walken). Ten z kolei jest potentatem, któremu marzy się władza za wszelką cenę. Tak się (nie)szczęśliwie składa, że i mały, pokraczny, wychowany przez cyrkowców Pingwin, i multimilioner chcą tego samego – udupić na cacy Batmana. Do tego duetu dołącza również Catwoman, jeszcze niedawno Selina Kyle, nieśmiała pracownica Shercka, ale po wypadku, a właściwie po wypchnięciu jej z okna, babeczka przeszła zdrową przemianę. No popieprzyło ją – bez dwóch zdań. Porzuciła wdzianko typowej katechetki na nieprzyzwoicie obcisły, lateksowy strój i z „rozsądkiem” babki napędzanej napięciem przedmiesiączkowym, ruszyła w miasto… Z całą tą bandą musi zmierzyć się Batman, bo znowu nad Gotham pojawiły się czarne chmury.

Pomiędzy „Batmanem” a „Powrotem Batmana” mamy 3 lata. Reżyser i główny bohater nie zmienili się. Za to cała reszta – owszem. Trzy lata były potrzebne, by kicz, plastik, resoraki i linki zamienić na coś, co powoli zaczyna być spektakularne, przerażające i wciągające. Z wszystkich części – i tych nowych, i tych starszych, „Batman Returns” moim zdaniem jest najbardziej mroczny, odrzucający i odpychający swoją obrzydliwością. Mmmmm, lubię to! Scena, w której Selina zmienia się w kocicę do dziś sprawia, że mam gęsią skórkę. A Pingwin?! Mistrzowska charakteryzacja rodem z najgorszego koszmaru. Mlaskający, oślizgły, z czymś dziwnym w oczach, z tymi pokracznymi paluchami, szarpiący nieżywą rybę – brrrrrrr… W końcu i Gotham przestaje być nędzną makietą, a zaczyna przypominać sam środek piekła, w którym zło spotyka się na każdym kroku. W końcu Batman nabiera charakteru, aczkolwiek nie jest to dla mnie satysfakcjonujący poziom „autentycznego wejścia w rolę”. Keaton jest świetnym aktorem i w tym konkretnym wypadku o wiele lepiej odgrywał postać Wayne’a, niż Nietoperza. Ale to wszystko pikuś. Ja mam niesamowity sentyment do tego filmu i mimo, że nie oglądam go zbyt często – przeżywam ciągle tak samo.

ON:

Trzeba było trzech lat, by po sukcesie Batmana Tim Burton znów stworzył dzieło, które trafiło do kanonów klasyki kina superbohaterskiego. „Batman Returns” nie powiela schematów poprzednika, nie ciągnie dalej jego historii – po prostu przedstawia nam inną opowieść, ale z tym samym, znanym z poprzedniej części Człowiekiem Nietoperzem.

Burtonowską rękę widać do pierwszych minut. Ogromna rezydencja Państwa Cobblepot, górująca nad okolicą i tragedia, która spotkała tę rodzinę jest przerysowana i przejaskrawiona. Mały szkaradny potwór, jaki wyszedł z łona młodej kobiety, nie mógł być dzieckiem tychże wspaniałych ludzi. Nie trzeba było czekać długo, aby pozbyli się małego dziwadła wraz z czarnym wiklinowym wózkiem spacerowym.

Mija trochę czasu. Gotham jest ogarnięte świąteczną gorączką i tylko czekać, na Mikołaja i elfy, które pojawią się z prezentami. Niestety, to nie tylko czas radości, ale i zemsty. Mały Cobblepot przestał być chłopcem, wyrósł na dorosłego mężczyznę lub coś, co ma mężczyznę przypominać. Szpetna kreatura, żart Stwórcy wyszedł spod ziemi, z kanałów będących dotychczas jego domem. Tyle, że Pingwin, bo tak nazwały go media z racji jego postury i ptasich cech, nie przyszedł w pokoju. Postanawia zawładnąć miastem.

Burton wyrobił swój specyficzny styl, widać go było już w poprzednich dziełach, nie tylko Batmanie, ale to tutaj pokazuje klasę. Wszelkie postacie, kostiumy, scenografia, to przerysowane, specjalnie przygotowane na tę okazję dzieła sztuki. Nie ma tu nieprzemyślanych scen, czy niepotrzebnych osób. Kobieta Kot pojawiająca się po raz pierwszy jest idealnym połączeniem kobiecego i kociego charakteru – drapieżna, ale i milusia. Pingwin przeraża i śmieszy jednocześnie, a Batman to nadal ten sam bogacz, który za pomocą rodzinnej fortuny staje się pogromcą zła.

Przez swoje rozbudowanie historia powiedziana w „Batman Returns” jest bardziej kompletna i ciekawsza. Nie neguję wielkości Nicholsona w roli Jokera, ale DeVito jako Pingwin jest fenomenalny. Odpowiednio pokraczny, a jednocześnie demoniczny. Czarna maź, która sączy się z jego ust, potrafi przyprawić o obrzydzenie i dreszcze.

Drugi Batman zachwyca, tak jak poprzednik jest komplety. Z perspektywy czasu nie jest to już tak bardzo ogromny teatrzyk kukiełkowy, ale czuć tu klimat wczesnych lat 90-tych i naftalinę końca 80-tych. To subtelne, magiczne kino z jednym bohaterem i całą masą antybohaterów, które naprawdę warto zobaczyć.