ON:
Tim Bownes jest artystą specyficznym. Pisze piękne teksty, cudowne wiersze, a przede wszystkim ma genialny głos, który powoduje, iż ciary przechodzą po plecach. Nie do końca urodziwy, szczupły, z burzą kędzierzawych włosów na głowie nie wygląda na gwiazdę, którą jest. Projekt No-Man ostro namieszał na scenie muzycznej i zalicza się do moich ukochanych. Płytoteka No-Man ma swoje święte miejsce na półce koło krążków Porcupine Tree. Bownes udziela się także w innych mniej lub bardziej komercyjnych projektach, między innymi z Peterem Chilversem.
Miałem napisać o jednej płycie, mianowicie „World of Bright Future”, ale jest ona tylko lewą stroną, sama bez brata po prawej jest zupełnie inna. Na całe szczęście pojawił się także krążek „california, norfolk”. Oba są jak bliźniaki, niemogące istnieć bez swojej połówki. Gdy pierwsza płyta zaczyna się płaczliwą, rzewną balladą „Hostage”, druga ciągnie ten wątek w „World of Bright Future”.
Oba krążki są przesiąknięte No-Man, tyle, że to inny Bownes. Bardziej przypomina faceta z „Schoolyard Ghosts”, niż wokalistę z wczesnych lat wilsonowskiego duetu. Co zatem usłyszymy na nagranych z Chilversem albumach? Muzykę tła, diabelnie dobre, a zarazem wypełnione smutkiem i nostalgią ballady. Tim śpiewa w sposób, który nie zostawia na nas suchej nitki, to rodzaj wokalu, jaki zapada w pamięci na długi czas. Piosenki te idealnie opisują puste pomieszczenia, gdzie mająca kilka lat tapeta odchodzi od ścian, pojedyncze krzesło w kuchni, a jedna filiżanka kawy stoi na pustym stole. Jeśli zastanawiacie się jak wygląda przemijanie, uciekający czas, płynące leniwie chwile, to dowiecie się podczas przesłuchania obu krążków.
Muzycznie utwory nagrane z Chilversem różnią się od tego, co znane jest nam z krążków No-Man. Jest tu dużo mniej elektroniki, za to dochodzą smyczki oraz instrumenty dęte. Postawiono na minimalizm. Zdarzą się chwile, gdy samo pianino wypluwać będzie z siebie kolejne nuty, czekając na aksamit wokalu Bownesa. Oba albumy mają dobre 10 lat, ale nadal brzmią tak samo wyjątkowo. Gdy porównamy je z ostatnią płytą No-Man, zdamy sobie sprawę z tego, że to „Schoolyard Ghosts” czerpie wiele z duetu Bownes/Chilvers. Ciężko bowiem nie usłyszeć na tej płycie pozostałości po tamtych dziełach.
„World of Bright Future” oraz „california, norfolk” stały się białymi krukami. Pierwszy doczekał się pięknej reedycji, drugi nadal z racji swojej niedostępności, pojawia się na aukcjach internetowych w kosmicznych cenach. Jeśli nie mieliście okazji słuchać wcześniej żadnego z krążków, przy których Tim maczał palce, to warto odpalić Deezera i przesłuchać choć jedną z płyt No-Man. Jeśli się wam spodoba, to na pewno będziecie zachwyceni duetem Bownes/Chilvers.
