ON:

Jest kilka filmów sygnowanym nazwiskiem Davida Twohy, które weszły do kanonu i są oceniane naprawdę dobrze. „Warlock”, „Ścigany”, a przede wszystkim „Ridick” to marki znane i docenione. Facet ma swój specyficzny styl i nie można powiedzieć, że jest złym reżyserem. Oczywiście, zdarzają mu się wpadki, o których lepiej nie wspominać, ale jest ich tylko kilka. Dziś będzie o filmie „Ciśnienie”. Scenariusz do tej historii pisał między innymi Darren Aronofsky.

„Ciśnienie” jest filmem wojennym, który o wojnie nie mówi zbyt wiele. Główny wątek skupia się zupełnie na czymś innym i przewijający się przez ekran niemiecki jeniec na amerykańskiej łodzi podwodnej to jedynie zalążek czegoś więcej, niż zwykłej historii. W klaustrofobicznej przestrzeni czai się coś. Co? Nie wiadomo. Widać za to, że zaszczucie i strach zaczyna udzielać się załodze i zabranym z powierzchni oceanu rozbitkom. Coś stuka w poszycie, martwi pojawiają się żywym, niespodziewane wypadki tylko podsycają i tak napiętą sytuację. Zabawa na krawędzi dreszczy przechodzących po plecach.

Wszystko zaczyna się właśnie w momencie zabrania wspomnianej grupy, składającej się z trzech osób rozbitków. Jednym z nich jest młoda pielęgniarka, ukrywająca tożsamość swojego pacjenta. Jej tajemnica doprowadza do tragedii, której można było uniknąć. Na morzu, szczególnie w zamkniętej podwodnej konserwie, nie można mieć sekretów.

Gdy oglądamy „Ciśnienie” mamy wrażenie, że to podwodna wersja „Ukrytego wymiaru” Andersona. Jest ono jednak dużo lżejsze i mniej niepokojące, niż dziejąca się w kosmosie produkcja. Jeśli jednak prześledzimy scenariusz obu filmów, znajdziemy kilka wspólnych punktów, węzłów łączących je ze sobą. W chwili kiedy zaczynamy się doszukiwać drugiego dna, dostajemy pierwsze wskazówki, mające nas nakierować na rozwiązanie. W „Ukrytym wymiarze” była to łacińska sentencja, a tutaj jest to kilka drobiazgów i scen. Nie będę ich jednak ujawniał, aby nie psuć zabawy tym, którzy nie mieli jeszcze szansy zapoznać się z tym dziełem.

Szkoda tylko, że naprawdę dobry scenariusz został spłycony wykonaniem tegoż dzieła. Jest tu kilka braków, które mogą spłycić odbiór tworu jako całości. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z produkcją złą. Wręcz przeciwnie, jest ona wyjątkowa i na pewno nie należy do słabych. Polecam każdemu, kto lubi rozgryzać nie do końca oczywiste zagadki.

ONA:

Nie mam problemu z oglądaniem filmów z psycholami, ufokami, potworami. Nie boję się nawet kina parentingowego i romantycznego. Ale jest taka jedna sfera, która zawsze mrozi mi krew w żyłach. Filmy o duchach i z duchami w fabule. Zawsze mam gęsią skórkę i im dłużej film trwa, tym ja bardziej wtulam się w jakieś 36,6/38,5 obok. Unikam takich produkcji, a jeśli już za nie łapię – to w ciągu dnia, nigdy nie wieczorami. Oczywiście nie przeczytałam o czym jest film „Below”, spokojnie usiadłam na rower, założyłam słuchawki na uszy (!!!!!!!) i zaczęłam kręcić w towarzystwie dzieła Davida Twohy’ego. Nie wiem kiedy zrobiłam pierwsze 20 km. Fabuła mnie na tyle mocno wciągnęła, że skupiałam się tylko na  filmie, a cała reszta świata mogła przestać istnieć. I wtedy zaczęło straszyć…

Wszystko dzieje się na łodzi podwodnej. No już bardziej klaustrofobicznie się chyba nie da. Nie dość, że maszyna jest puszką, to jeszcze stacjonuje na środku oceanu, najczęściej w pełnym zanurzeniu. Mamy czas WWII, a załoga naszej łodzi poszukuje niemieckich u-botów. Względny „spokój” misji zakłóca pojawienie się 3 rozbitków: 2 mężczyzn i kobity. Oczywiście babka na łodzi to +10 do pecha, ale to Angielka i należy jej pomóc. I od momentu, kiedy ta trójka znalazła się na pokładzie – zaczynają się dziać rzeczy dziwne. Dziewczyna wprowadza nas w historię, która tak naprawdę zaczęła psuć się jakiś czas temu. Otóż w tajemniczych okolicznościach zginął kapitan załogi, ktoś inny przejął jego funkcję, a w dzienniku pokładowym gdzieś pośrodku robi się luka… Coś tu przecholernie śmierdzi.

Klimat, jaki udało się oddać twórcom – jest absolutnie genialny. Może i widać wiele niedoróbek, może i momentami jest tandetnie, ale to nie była megaprodukcja z jakimś nieograniczonym budżetem. W tym dziele robotę robią inne elementy: światło, a raczej ciemność, fenomenalny dźwięk, który nie wróży nic dobrego i ta wszechogarniająca ciasnota. Nie wierzymy już w to, co widzą nasze oczy i słyszą nasze uszy. Jesteśmy otumanieni jak załoga, której kończy się tlen i która nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy to się dzieje naprawdę, czy to panika, albo już omamy. Zresztą, widz ma podobne wątpliwości.

Podczas seansu zrobiłam 40 km. Nie wiem kiedy. W pewnym momencie pedałowałam tak bardzo, że dopiero dziś rano poczułam skutki tej szaleńczej jazdy. Czy warto obejrzeć „Below”? Tak. Bardzo. To klimatyczne dzieło, które trzyma za gardło do samego końca. Mimo lekkiego kiczu, wcale nie należy wrzucać go do wora z błahymi produkcjami.