ONA:

Już od dłuższego czasu miałam ochotę na pozytywną komedię, dzięki której wyłączę głowę i wpadnę w błogi stan odmóżdżenia. Jako że z „nieznanymi” tytułami nigdy nie mamy pewności, padło na sprawdzony film. Lubię tę produkcję. Łączy w sobie wszystko to, co uwielbiam najbardziej. Jest świetna, rockowa muzyka, jest śmiesznie i jest Jack Black! Dziś – „Szkoła rocka”!Dewey Finn (Jack Black) to koleś, który urodził się w złym momencie. Jeśli przyszedłby na świat kilkanaście lat prędzej – zostałby gwiazdą rocka. On czuje tę muzykę, żyje nią i jest cholernie zamknięty w tamtej epoce. Aktualnie gra w jakimś podłym zespole, w którym wkurza wszystkich (nad)interpretacjami i solówkami – teraz tak się nie gra! Teraz trzeba smędzyć do kotleta, a nie wykrzykiwać bunt prosto z trzewi, bo właściwie o co mamy się buntować? Gdy po kolejnym koncercie za bardzo „wczuł się” w boga rocka, koledzy z bandu postanowili go wylać. Wściekły Finn poprzysięga zemstę! Co się dzieje następnie? Otóż ranem budzi go jego współlokator – Ned (Mike White), a raczej jego szczekająca dziewczyna Patty (Sarah Silverman), której Dewey delikatnie mówiąc wychodzi bokiem. Przychodzi czas płacenia za rachunki, a ta prawie gwiazda rocka znowu jest spłukana. Moralizatorski wykład pani asystentki burmistrza wcale jednak nie ruszył rockersa. Ale jednak kasa się by przydała. I wtedy dzwoni telefon do Neda, który na co dzień pracuje jako nauczyciel. Skuszony fajną wypłatą w prywatnej, prestiżowej podstawówce, Dewey postanawia wejść w rolę swojego odpowiedzialnego kolegi i na jakiś czas pobawić się w belfra. Nie napracuje się, coś tam zarobi, Patty przestanie szczekać itp. Zakłada koszulę, muszkę, wygładza włosy i rusza na spotkanie z panią dyrektor – Rosalie (Joan Cusack), która twardą ręką rządzi w placówce, ale teraz stanęła pod murem i na gwałt potrzebuje zastępstwa. Ned, a raczej Dewey wydaje się być idealnym rozwiązaniem. A klasa? Trochę kujonów, trochę luzaków, trochę pewnych siebie, trochę zakompleksionych. Ale razem tworzą wyjątkową mieszankę… I jak łatwo się można domyślać – Dewey postanowi zrobić z nich kapelę rockową. Gitara prowadząca – nieśmiały i skryty Zack. Na basie – Katie. W klawisze uderza „niezbyt cool” Lawrence, a w bębny Freddy. Śpiewają Tomika, Martha i Alicia. Menadżerką została przemądrzała i bystra Summer, a reszta klasy tworzy kostiumy, koszulki, zajmuje się oświetleniem, efektami i całą resztą – bo hej, zespół rockowy to też backstage! Cel? Dostać się na bitwę kapel i dać ten jeden, jedyny koncert, który zmieni ich życie! Oczywiście wszystko w tajemnicy przed rodzicami i nauczycielami.

Poważnie – uwielbiam ten film. To kwintesencja rocka, jego historii i „zasad” w nim panujących, które główny bohater próbuje wpoić swoim uczniom – zdeterminowanych i ukierunkowanych na karierę, bo tak sobie wymyślili ich rodzice. Ta produkcja, mimo, że bardzo lekka i przyjemna, daje do myślenia, bo pokazuje trochę bardziej „alternatywne” podejście do życia, do wyborów, do planów. Trudno nie zachwycać się w niej J. Blackiem, bo on żyje takimi dziełami. Koleś przesiąknięty jest klasycznym rockiem do szpiku kości i to, co robi, jest mega autentyczne. Dzieciaki również kapitalnie odnalazły się w swoich rolach, a kiedy już zespół zaczyna mieć ręce i nogi – stają się prawdziwymi rockersami. Moim zdaniem na uwagę zasługuje również J. Cusack, która w roli surowej dyrektorki, w żyłach której płynie mocne granie, wypadła świetnie. S. Silverman – kapitalna komiczka, która puknęła Matta Damonda, tu jako korpo-szczur też rewela! Ja nie potrafię się tym filmem nie zachwycać. Jest po prostu komedią, która spełnia wszystkie cechy tego gatunku. Bawi mnie i to mi wystarczy. I po każdym seansie mam ochotę zainspirować się bardziej fabułą i w mojej pracy stworzyć coś podobnego. To chyba wystarczająca rekomendacja!

ON:

Jack Black to facet kojarzący mi się tylko z muzyką i komediami. To koleś specyficzny, potrafiący wyryć w naszej pamięci trwały ślad. Ma w sobie coś charyzmatycznego, a jego ruch sceniczny jest przekoloryzowany i dzięki temu nabiera charakteru. W „Kostce przeznaczenia” starał się być gwiazdą, która sprzeda duszę diabłu, w „Brutal Legend” ratował krainę klasycznego metalu, a w „Szkole Rocka” podszywa się pod belfra i stara się w nie do końca legalny sposób zdobyć kasę.

„School of rock” to lekka i bardzo muzyczna komedyjka, która zawiera wszystkie elementy takiego kina. Mamy nieudacznika Dewey Finna (Black), który pomieszkuje z kumplem i jego apodyktyczną dupą. Laska ma cały czas ból anusa, że koleś nic nie robi, tylko włóczy się ze swoją kapelą, a dom traktuje jak hotel. Niestety, jego wyczyny sceniczne doprowadzają do tego, że wylatuje z zespołu. Nie mając zbytniego pomysłu na to co ze sobą począć, podszywa się pod kolegę-nauczyciela i załatwia sobie pracę w szkole. To robota na zastępstwo, ale najważniejsze, że przynosi kasę i nic nie trzeba robić.

Dewey pewnie przebujałby się tak przez cały semestr, gdyby nie muzyka – jego życie. Słysząc w jaki sposób grają dzieciaki na lekcji muzyki postanawia założyć nowy, własny zespół, który weźmie udział w corocznej bitwie kapel i zgarnie główną nagrodę. Jak pomyślał – tak też zrobił. Bazując na dziecięcej naiwności zakłada band i uczy dzieciaki historii rocka oraz tego, jak radzić sobie w życiu.

„Szkoła Rocka” jest przewidywalna i nie zaskoczy nas niczym. Kolejne sceny pokazują, jak bardzo Dewey się zmienia, jak z myślącego tylko o kasie i zemście faceta wychodzi uwielbiający swoją klasę belfer. Najfajniejsze jest to, że film ten się bardzo dobrze ogląda. Scenariusz nie wymaga skupienia, muzyka to klasyka rocka, a Jack Black jest taki, jak zawsze – karykaturalnie komiczny. Czego chcieć więcej?

Jeśli szukacie kina dla siebie, ale i dla dzieciaków, to produkcja w reżyserii Richarda Linklatera nadaje się idealnie. Z jednej strony bawi całkiem sympatycznym humorem, z drugiej moralizuje i uczy. Polecam.