ONA:
Okej, może i miałam lekkiego kaca, oglądając ten film. Może i nawet trochę przysypiałam po zarwanej nocy. Może świeża dawka drinka na bazie Malibu dość szybko popłynęła do różnych organów, zabierając miejsce krwi. Może to wszystko złożyło się na to, że ja tego filmu zupełnie nie zrozumiałam… Ale całkiem możliwe i tę opcję też należy wziąć pod uwagę, że był on po prostu zamotany… Ridley Scott to dla mnie reżyser, który nie robi złych filmów. Mi nawet „Prometeusz” się podobał. To jeden z moich ulubionych twórców, którego nazwisko zawsze gwarantuje dobrą zabawę i mega jakość. Okej, jednak nie zawsze. W tym konkretnym przypadku co prawda bardziej zawiódł scenariusz, niż reżyseria, ale heloł, to nadal JEGO film… Uknucie intrygi tak zakręconej, że bardziej to drażni, niż daje do myślenia, to nie do końca moja para kaloszy, ale zacznijmy od początku. Na początku był seks i nie dajcie sobie wmówić, że słowo. Seks zmysłowy, erotyczny, uwodzący. Ta pierwsza scena z Michaelem Fassbenderem i Penelope Cruz trochę nas zbija z tropu. Ale potem powoli zaczynamy wchodzić w fabułę, by w na koniec filmu złapać się na tym, że właściwie oglądanie wesela kuzynki byłoby lepszym wyborem. Tytułowy adwokat (M. Fassbender) to bohater, którego imienia nie poznamy. Jest cenionym i uznanym prawnikiem, który niestety, dał się uwieść pysze. Bo musicie wiedzieć, że ten film jest właśnie o tym grzechu. Pycha staje się tu niewidzialnym bohaterem, o którym opowiada cała ta przypowieść filmowa. Życie prawnika jest idealne. Ma fajną pracę, sporo kasy, piękną narzeczoną, ale ciągle chce więcej. Zachęcony szybkim zarobkiem, popełnia błąd. Jedna decyzja, zaślepienie kasą, a potem coraz większe problemy, coraz ciemniejsze interesy i wszystko, po kolei, zaczyna się sypać.
Brzmi intrygująco, prawda? I powiem Wam, że w teorii tak jest. Bohaterowie są „jacyś”, każdy jest na swój sposób wyjątkowy i każdy dodaje swoistej pikanterii do historii. Fassbender jest boski, Cruz urocza, Javier Bardem nieokiełznany, ale tak naprawdę najbardziej zaskakującą postacią jest w tym filmie Malkina, grana przez Cameron Diaz. To rodzaj kobiety, której nie należy nadepnąć na odcisk. Poza tym, w tym dziele pełni ona również funkcję uroczego suma, ale nie będę Wam spoilerować. A, jest też Brad Pitt, który spektakularnie ginie – to akurat było do przewidzenia. Tylko co z tego, że aktorzy są dobrzy i świetnie (choć nieco groteskowo) wchodzą w swoje role, jak to co mówią, co mają pokazać, co widzimy na pierwszym i drugim planie – jest po prostu nędzne? Scenariusz to czarna, poszatkowana rozpacz, narracja męczy, a większość scen to pseudointelektualna nuda. Jeśli chcecie obejrzeć „Adwokata”, to jest spora szansa, że zmarnujecie 2 godziny. Ponoć to dzieło ma drugie dno. Ja podczas seansu żałowałam, że dno mojego Malibu tak szybko zostało osiągnięte.
ON:
Wydawałoby się, że combo w postaci Ridleya Scotta i Cormac McCarthy’ego nie może być zwiastunem klęski. Okazuje się, że nawet dwa, tak duże nazwiska, potrafią wspólnymi siłami stworzyć dzieło bardzo ciężko strawne. Nie dlatego, że jest ono źle zagrane, gdyż tu problemem jest sama historia i sposób jej opowiadania. Niestety, przez to „Adwokat” stał się filmem zagmatwanym, przekombinowanym i po prostu nudnym.
Gdzieś w jednej recenzji przeczytałem, że film ten przypomina partię szachów. Dokładnie tak jest – to długa i nudna partia, gdzie po jednej stronie planszy siedzi reżyser, a po drugiej widz. Dochodzi wreszcie do sytuacji, w której oglądający sam poddaje swoje figury, gdyż chce zakończyć bezsensowną i nudną rozgrywkę.
Można powiedzieć, że głównym bohaterem jest sama historia. Zwiera ona w sobie kilku pomniejszych bohaterów, którzy tworzą ją samą. Wzajemne uzależnienie miało nadać temu filmowi inny, niż spotykane dotychczas tempo, ale jednak coś nie wyszło. Adwokat, który chce zainwestować kasę w narkotykowy biznes, nieświadomie wkopuje się coraz to większe kłopoty. Jego koneksje z jednej strony bardzo przydatne, z drugiej ogromnie niebezpieczne. Spotkania, jakie mają miejsce, osoby, z którymi rozmawia, czy nawet nic dla nas nieznaczące drobiazgi są tutaj ważne. Kolejni wspólnicy Rainer i Westray starają się wprowadzić adwokata w świat narkotykowych karteli, gdyż oni siedzą w nim od dłuższego czasu. Obaj mówią, że mogą w dowolnym momencie opuścić ten biznes, tyle że nie zdają sobie sprawy jak bardzo okłamują siebie jak i prawnika. Te opowieści przeplatają się z retrospekcjami, opowieściami o szambiarce pełnej gówna i białego złota, o facecie bez głowy i ogromnych pieniądzach, których nigdzie nie ma. Nie ma ich dlatego, bo ktoś postarał się, aby zniknęły i w tym momencie domek z kart runie na głowy trójki wspólników.
Właśnie tak wygląda „Adwokat”: chaotyczny, nieskładny i bardzo skąpy. McCarthy ma specyficzny styl pisania i ciężko się do niego przyzwyczaić, jeśli nie miało się do czynienia z innymi jego powieściami. Scott walczył z tym scenariuszem i wydaje mi się, że przegrał z kretesem. Wszystkie jego mocne strony stały się powodem jego porażki. Film ten ma średnią ocen 5 na 10 możliwych punktów. To bardzo nisko, jak na tak znane nazwiska. No cóż, każdemu czasem może się podwinąć noga. Uważam, że możecie sobie darować to dzieło.
