Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

The Machine

ON:

„The Machine” można obejrzeć między innymi na iTunes, zapłacić za kopię kilka dolarów i cieszyć się filmem. Gdy po seansie odłożyłem go na cyfrową półkę stwierdziłem, że mam do czynienia z gniotem niemiłosiernym. Potem doszedłem do innego wniosku. To dzieło jest fenomenalne, znaczy byłoby gdyby nagrać je w 1989 roku. Wtedy weszłoby do kanonu sci-fi i niejeden z nas opowiadałby o nim z wypiekami na twarzy. Niestety, miało ono premierę w 2014 roku, czyli o jakieś 25 lat za późno.

Nim dobrze się wgryziemy w historię, zwrócimy uwagę na coś innego, a mianowicie na muzykę, która idealnie pasuje do takiego typu kina. Stworzona przez Toma Rayboulda ścieżka dźwiękowa, to powrót do klasycznych, zbudowanych na syntezatorach i samplach soundtracków, tutaj nawet perkusja wygrywana jest na klawiszach. Takim starym dziadom jak ja, aż łezka się kręci w oku, gdy słyszą takie dźwięki.

Lecz nie muzyka ma nas przyciągnąć do ekranu, ale opowieść o AI lub SI – zależy kto jaką woli nazwę. Główny bohater Vincent jest naukowcem, który specjalizuje się w budowie robotów. Robotów różnego rodzaju, które wykorzystywane są w każdej dziedzinie życia. Vincent jest także ojcem chorej dziewczynki i od wielu lat pracuje nad wyjątkowym projektem, który ma pomóc zachować ją przy życiu. Ponieważ jest specjalistą jakich ze świecą szukać, dość szybko zainteresują się nim zakłady zbrojeniowe. Lepsza kasa i jednocześnie obietnica pracy przy projekcie, który może uratować jego córkę. Nie trzeba było długo czekać, aby naukowiec zgodził się dołączyć do grupy, tym bardziej, że na swoim koncie ma bardzo drastyczny wypadek, który zaważył na jego karierze.

Dość szybko dowiadujemy się, że pracuje on w zamkniętym i odseparowanym od zewnątrz kompleksie, wypełnionym przez naukowców, więźniów i dość dużą ilość człekopodobnych maszyn. Każda z nich to oddzielna, wysokiej klasy jednostka, która jest niezwykle inteligentna i wysportowana. Nie trzeba długo czekać, by naukowcy zaczęli się bać tych maszyn. Jednak nim to nadejdzie, pojawia się nowy, żeński twór. Zbudowany na podobieństwo zamordowanej asystentki, nawet jego wspomnienia związane są z tym miejscem. Wszystko idzie całkiem dobrze do chwili, gdy maszyny zaczynają uzurpować sobie prawo do władzy.

Opowieść ta prowadzi kilka wątków i wszystkie związane są w jakiś sposób ze sobą. Niestety, ktoś zapomniał, że mamy rok 2013 i filmy sci-fi jednak wyglądają trochę inaczej. Oldschool bije od tego filmu na kilometr i tylko stara gwardia, ludzie mający 30+, dadzą sobie z nim radę i dobrze się będą na nim bawić. Polecam tylko takim starym piernikom, jak ja.