Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

SERIALE

Black Mirror

ONA:

Nie oglądam nowych seriali. Nie mam czasu, nie mam ochoty, a „Grey’s anatomy”, „Californication” i „Hannibal” zupełnie mi wystarczają. Ale czasami mam tak, że gdy ktoś BARDZO mi poleca jakiś nowy, daję się skusić. Z różnym skutkiem. Chociaż na ogół wystarczy pierwszy odcinek, żeby zrobić „WOW” lub „meh”. Dziś – będzie to pierwsze. Opowiem Wam tylko pierwszy odcinek. Sami zdecydujecie, czy Was to bardziej odrzuca, czy intryguje. Otóż głównym bohaterem epizodu „The National Anthem” jest premier Wielkiej Brytanii. Koleś ma jakieś 38 może 40 lat, ma żonę, ma rodzinę, jest lubiany i szanowany. Jako polityk również się sprawdza. I jego spokojną kadencję przerywa mega cios, który zrywa go z łóżka bladym świtem. Otóż zostaje porwana młoda hrabina. Młoda i do tego dodam bardzo lubiana, społecznie zaangażowana, ceniona itp. Porywacz ustami kobiety wypowiada swoje żądanie. A jest ono dość specyficzne. Premier na antenie telewizji, na żywo, ma odbyć stosunek płciowy ze świnią. Ma wypieprzyć wieprzowinkę, inaczej kobieta zginie. To jego jedyny warunek… Oczywiście, początkowo wszyscy są tym mega zniesmaczeni, odrzucając oczywiście tę opcję, ale czasu jest niewiele i właściwie na wszystko trzeba być gotowym. Z jednej strony wojsko i wywiad przekopują wszelkie możliwości, by do drania dotrzeć, z drugiej – w telewizji wszystko zostaje przygotowane według wytycznych porywacza, który jest bardzo cwany i gdy tylko wyłapał, że w grę wchodzi sfingowanie „aktu” – natychmiast dostarczył zainteresowanym palec hrabiny… Ale ten odcinek nie jest tylko i wyłącznie o tym, jak bardzo popieprzonym kolesiem jest porywacz, przed jak traumatyzującym wyborem stoi premier, ale i o ludziach, którzy najpierw wirusowo rozesłali po sieci i za pomocą innych mediów całą historię, a potem, praktycznie z wypiekami na twarzach, czekali na transmisję…

Pierwszy odcinek zmiażdżył mi głowę. Totalnie. To taka trochę „satyra” społeczna, która w bardziej lub mniej delikatny sposób mówi nam co nas czeka. Wizja tego świata jest cholernie abstrakcyjna i przerażająco prawdopodobna. Po każdym odcinku miałam wrażenie, że jakkolwiek nie byłby on smętny, czasem nawet nudny, to i tak wywraca mnie na lewą stronę, a potem, leżąc w łóżku, rozkminiam jak to będzie wszystko wyglądać za 30 lat i dochodzę do wniosku, że „odłożenie łychy” w młodym wieku może naprawdę mieć sens. W „Black Mirrors” wirtualność miesza się z orwelowskimi teoriami, a telewizja, Internet – ze swoimi sztampowymi „ideałami” zostają tak bardzo obdarte z człowieczeństwa, że zostaje tylko instynkt. Bez żadnych szlachetnych emocji i podwalin. Drugi sezon nie ustępuje poziomem pierwszemu. Pierwszy odcinek jest o istnieniu „w chmurze”, ale nie będę Wam spoilerować… Powiem tylko tyle – ten serial kroi widza, wali go w bebechy, psuje mu głowę i mimo pozornie smętnego, bardzo spokojnego prowadzenia, zostawia w nas pustkę, próżnię, którą może wypełnić tylko jedna wątpliwość – „Czy tak jest/będzie naprawdę?”.

Polecam. Ta produkcja intryguje. Future is now.