ON:
„Kolonia” to kolejny postapokaliptyczny film, dziejący się na skutej mrozem Ziemi. Tym razem przyczyną zlodowacenia były maszyny do kontroli klimatu, które nie do końca zadziałały tak, jak planowano. O samej historii, która wydarzyła się przed opowieścią zawartą w filmie, dowiemy się niewiele, bowiem jej szczątkowe kawałeczki są podawane nam bardzo ostrożnie, jakby twórcy bali się zdradzić losy świata. Po seansie mogę powiedzieć, że dzieło to nie jest tak złe, jak oceniają je w sieci. To kawałek całkiem sprawnie zrealizowanego kina, które niestety nie jest pozbawione błędów.
Po opisanym wcześniej zlodowaceniu ludzkość, a dokładnie jej pozostałości, zeszły pod ziemię. Całe kolonie mieszkają w kompleksach, które zapewniają im schronienie i pożywienie. Te samowystarczalne schrony mieszczą po kilkadziesiąt osób i są od siebie oddalone wiele mil. Z racji tego, że pogoda bardzo utrudnia komunikację, ta odbywa się starymi dobrymi sposobami, czyli przy pomocy telegrafu. Pewnego dnia do kolonii nr 7 dociera sygnał z prośbą o pomoc, sygnał wysłany z zaprzyjaźnionej 5-tki. Dowodzący Briggs postanawia wraz z dwójką innych mieszkańców sprawdzić co się stało. W czasie gdy on wyruszy na misję, stacją ma się opiekować Mason, który niestety, przejawia bardzo władcze i totalitarne zapędy. Gdy wyprawa dociera do celu, na miejscu znajdują ogromne ilości krwi oraz ślady walki, ale nigdzie nie ma ciał. Nic nie jest w stanie ich przygotować na to, co zobaczą. Poza wyjaśnieniem zagadki, otrzymają jeszcze jedną ważną informację, mającą bardzo duży wpływ na ich losy.
„Kolonia” jest thrillerem sci-fi. Nie będzie tutaj latających talerzy i kosmitów morderców. Jeśli ktoś się spodziewał takiego obrotu spraw – muszę go niestety rozczarować. Inna sprawa, to to, że pomimo niskich ocen, ten film naprawdę się całkiem dobrze ogląda. Jest on swoistą kalką kilku innych, bardzo podobnie skonstruowanych dzieł, ale nie przeszkadza nam to zupełnie w odbiorze. Do tego dzieła nie podchodzi się tak, jak do oscarowych produkcji. To trzeba zapamiętać. Dobrym rozwiązaniem jest także skupienie się na samym głównym trzonie opowieści. Rozdrabnianie się mogłoby spowodować, że z akcji, której tutaj nie brakuje, otrzymalibyśmy swoistą papkę egzystencjalną lub coś, co do niej by pretendowało. “Kolonia” się broni, broni się przed głupotą i nudą, chociaż bzdurnych scen tutaj nie brakuje. Cóż, to specyficzne kino i nie każdemu może podejść postapokaliptyczny zimny klimat.
ONA:
„Ale wczoraj szpatny film leciał w telewizji” – zaczął rozmowę podczas wspólnej kolacji mój tato i zanim na dobre się rozkręcił w opowiadaniu fabuły, przerwała mu mama, która skupiła się na jednym fragmencie – dodam, że ciągle jemy kolację – kiedy to jeden z bohaterów w niezbyt elegancki sposób, bowiem przy pomocy takiego śmiesznego noża do szatkowania, odciął komuś głowę na wysokości ust. Jami. Musicie wiedzieć, że moja rodzicielka opowiada filmy w dość specyficzny sposób i zanim w ogóle zacznie – zdradza wszystkie największe smaczki. Ale mimo to zapragnęliśmy obejrzeć to dzieło bo zapowiadało się na naprawdę niezłe.
Mamy rok 2045. Na skutek niezbyt rozważnych działań, mających na celu zapobieżeniu ociplenia klimatu, Ziemię skuwa lód, pokrywa śnieg, który pada bez przerwy. Rośliny giną, a wraz z nimi ludzie. Ci, którym udało się jakimś cudem przetrwać, żyją w podziemnych koloniach, wegetując, chroniąc to, co z ludzkości zostało. Dbają o ostatnie zwierzęta, pieczołowicie hodują rośliny, a jak tylko pojawi się ktoś, kto może być chory – ma dwie drogi. Albo szybka śmierć przez strzał, albo spacer w jedną stronę, przed siebie po śniegu. Pewnego dnia kolonia dowodzona przez Briggsa (Laurence Fishburne) otrzymuje sygnał SOS z innej. Razem z dwoma ochotnikami, dowódca rusza sprawdzić co się dzieje. A to, co „znajdują” na miejscu, przekracza ich najgorsze przewidywania. Ludzi nie ma tu zbyt wielu… A już napewno nie są oni w pojedynczych kawałkach.
Jak jest? Jest klaustrofobicznie, zimno i kanibalsko. Jest tak, jak być powinno, chociaż momentami cały film trąci tandetą. Trochę trzyma w napięciu, ale nie jakoś wybitnie. Trochę jest niedorzeczny i ma mnóstwo dziur, których logiczny umysł nie jest w stanie w żaden sposób zrozumieć, ale cóż – nie on pierwszy i nie ostatni. Klimat postapokaliptyczny udało się tu osiągnąć sprawdzonymi metodami, które zachwycały widzów od czasów pierwszej części przygód Ellen Ripley, kiedy to efekty nie były sztuczne, a prawdziwe, namacalne, przy pomocy różnych elementów, a nie jedynie zielonkawego tła. W „Kolonii” jest mnóstwo elementów, które przypominały mi stare, dobre kino tego typu, w którym najbardziej liczyło się wrażenie, a cała reszta mogła sobie leżeć gdzieś na drugim planie. Jeśli chodzi o fabułę – mam wrażenie, że w grze komputerowej można by ją lepiej wykorzystać, bo w filmie ma w sobie całkiem sporo chaosu. Ale ogląda się to „jakoś”, mimo, że nie ma co liczyć na urwanie tyłka i wywalenie bebechów na lewą stronę.
Fishburne i Bill Paxton nadal w formie, chociaż ich sytuacje finansowe zdają się kuleć, skoro wybierają takie produkcje.
