ONA:
„50 pierwszych randek” to komedia (cóż, romantyczna), którą uwielbiam z wielu powodów. Ale po kolei…
Henry Roth (Adam Sandler) to weterynarz, który na Hawajach urządził sobie perfekcyjne życie. Poza opieką nad pingwinem, uroczym morsem i kilkoma innymi zwierzaczkami, zajmuje się dostarczaniem „rozrywek” turystkom, które przyjeżdżają w to piękne miejsce nie tylko z powodu widoków. Po szybkim numerku Henry rzuca kolejną, coraz durniejszą wymówkę i znika z życia kobiet, które jeszcze długo będą łudzić się, że były „tą jedyną”, ale niestety, on jest agentem/mężem/księdzem/gejem. Sznyt Rotha jest prosty „Tylko obce, żadne lokalne”, bo to mniej komplikuje życie. Ale (nie)stety, pewnego dnia w małej knajpce poznał Lucy (Drew Barrymore), ktora totalnie wpadła mu w oko. Ale nic nie będzie tak proste, jak mogłoby się wydawać. Dość szybko Henry dowiaduje się, że ta dziewczyna jest zupełnie inna…
Rok temu, w dzień urodzin swojego taty, Lucy miała wypadek samochodowy, bardzo niebezpieczny i poważny, podczas którego został uszkodzony jej mózg. Dziewczyna pamięta wszystko, do tej tragicznej chwili. Każdy dzień od tego momentu jest właśnie dniem urodzin jej ojca, nieważne, że minęło już kilkanaście dobrych miesięcy. Wiadomość ta spada na Henrego jak grom z nieba. A gdy widzi, z jakim poświęceniem i oddaniem „przywracają normalność” Lucy jej tato i brat, jest jeszcze bardziej skołowany. Tylko, że ta dziewczyna warta jest zachodu i mimo to, że rano niczego i nikogo nie pamięta – Roth nie daje za wygraną i za wszelką cenę chce się wryć w jej pamięć…
Dla mnie ta komedia jest idealnym lekarstwem na całe zło świata. Jest taka, jaka powinna być – ma zrelaksować i rozluźnić, rozbawić, a wzruszenie jest tylko produktem dodatkowym. Uwielbiam go za Sandlera, który jest dla mnie synonimem fajnego humoru, takiego, który dociera do mnie bardzo, bo jest niezbyt wysmakowany i po prostu wredno-cyniczny. Uwielbiam go za Drew Barrymore i jej perfekcyjne włosy. Uwielbiam, bo zwierzątka, które tu grają, są przecudowne, aż chciałoby się mieć takiego morsa w domu. Świetną rolę ma tu Dan Aykroyd, a Rob Schneider odnajduje się nawet jako jednooki Hawajczyk z gromadą rozwrzeszczanych wrzodków. „50 pierwszych randek” to film, który ma świetną oprawę muzyczną, na czele z Beach Boys, bo wiadomo. No i dzieje się w takim miejscu, w którym ja bardzo chciałabym być. Jest bardzo pozytywnie, jest zabawnie, a to, że potrafię poryczeć się podczas kolejnego oglądania kilka razy, to pikuś.
Jeśli ktoś mnie pyta o jakąś lekką komedię, zawsze odsyłam go do filmów Adama Sandlera. To jeden z nielicznych facetów, który nie zawiódł mnie nigdy.
ON:
Dzięki Paulinie wkręciłem się w komedie z Adamem Sandlerem. Wcześniej nie doceniałem tego kina, wydawało mi się ono głupie i prymitywne, ale później zdałem sobie sprawę z tego, że te dzieła są idealnym lekiem po całym dniu pracy.
Dzisiaj padło na „50 pierwszych randek” w reżyserii Petera Segala. Ta komedyjka romantyczna to coś, co nie rzuci na kolana faceta, ale na pewno wzruszy niejedną kobietę. Jak by nie patrzeć Sandler jest tutaj dodatkiem, który ma rozruszać ten film. Bez niego, bez komediowego drygu, nie byłoby tu nic do oglądania, a tak mamy całkiem sympatyczne, pomimo tego, że to czasem głupiutkie kino.
Henry Roth (Sandler) to lokalny jebaka. Facet, który nie odpuści żadnej turystce, postrach cipek. To typ kolesia, który nie lubi wdawać się w dłuższe związki. Jeden razy w zupełności wystarczy. Towar zaliczony uważa się za uszkodzony i niepotrzebny. W chwilach pomiędzy zaliczaniem kolejnych lasek, Henry pracuje w lokalnym oceanarium jako weterynarz. To zajęcie, które pokazuje jego drugą stronę. Tu staje się troskliwym i opiekuńczym człowiekiem, który nie pozwoli zrobić krzywdy żadnemu stworzeniu. Tutaj także spotyka się ze swoim przyjacielem Ulą (jak zwykle fenomenalny i pierdolnięty Rob Schneider), który zafascynowany jest rekinami. Ula to przeciwieństwo Henry’ego. Ustatkowany, z grupką dzieciaków i żoną, która jest cztery razy większa od niego.
Pewnie Roth nadal prowadziłby życie drapieżnika polującego na cipki, gdyby nie to, że dnia pewnego w lokalnej restauracyjce poznaje Lucy Withmore. Zauroczony jej osobą spędza z nią kawałek przedpołudnia, a na koniec zdaje sobie sprawę z tego, że ta kobieta ma być tą jedyną, że już nic nie będzie jak dawniej, bowiem Henry się zakochał. Następnego dnia postanawia po raz kolejny pojawić się w jadłodajni, tyle że tym razem ich relacje nie są już takie ciepłe jak dzień wcześniej. Okazuje się, że Lucy ma problemy z pamięcią i pamięta tylko ostatni dzień z jej życia. Gdy budzi się rano zaczyna swoją przygodę z otoczeniem na nowo. Pomimo zniechęcenia go przez jej przyjaciół do rankowania z dziewczyną, Henry się nie poddaje i zaczyna walczyć o jej serce. Trzeba przyznać, że robi to w wyjątkowy sposób, za każdym razem zaskakując niczego nieświadomą Lucy.
Oczywiście, jak w każdym tego typu filmie, będzie miejsce na śmiech, łzy i ogromne ilości wzruszeń. To babskie kino, które jest na tyle neutralne, że nawet facet może je obejrzeć i nie dostanie do tego raka. Sandler nie jest tutaj może w szczytowej formie, ale i tak radzi sobie całkiem dobrze. Film idealny na „tło” do pracy.
