ONA:

Każdy z nas marzył, żeby chociaż raz w życiu być na takiej imprezie. Nikt jednak nie chce jej zrobić u siebie. Mi zdarzyło się zrobić kilka imprez, które wspominamy do dziś, ale to nigdy nie była TA skala.

Ten film to miks „American Pie” i „Kac Vegas”. Są dragi, są dupeczki, jest morze alkoholu. Miało być góra 50 osób – skończyło się na liczbie przekraczającej wyobrażenie. Spłonął dom, piękny Merolek wylądował w basenie, sąsiedztwo wyglądało jak po wojnie, ale impreza przeszła do historii. Ba, pokazano ją nawet w wiadomościach telewizyjnych!

Fabuła przerabiana była już zylion razy: młody chłopaczek, typu nerd, chce zdobyć popularność. Ma dwóch nieogarniętych kumpli i razem knują co zrobić, żeby popularność wzrosła (a za tym większe szanse na get laid). Impreza to pomysł idealny. W teorii.

Jak wiadomo, nie można się ograniczać. Tylko potem potrzeba sekcji SWAT, żeby rozkurzyć towarzystwo.

I nie bawmy się w hipokrytów i moralizatorów.

Film jest zwykły. Ale impreza… Impreza była mega!

ON:

Pamiętam sławne imprezy u Łukasza W. Jego rodzice byli w Stanach Zjednoczonych, a u niego w wielkiej chacie na obrzeżach miasta, raz na kilka tygodni działy się rzeczy wręcz magiczne. Dostanie się na taką „prywatkę” było jak wskoczenie do nory królika z Alicji w Krainie Czarów. Tam napoje zawsze były magiczne, kobiety piękne, a czas płynął inaczej. To podczas takiej zabawy kumpel złamał rękę i pozbył się trzonowca, znajoma wróciła nie w swojej sukience do domu, a policja interweniowała kilka razy w ciągu nocy. Były to czasy szalonej młodości, chwile niezapomniane, ale i tak te wygłupy mają się nijak do tego, co działo się w filmie „Projek X”

Tam trzech kolesi, których nie znał nikt postanowiło zrobić imprezę. Byli tak niepopularni, że nawet szkolni bullies nie chcieli tracić swojej energii na takie śmieci. Jednak w dzisiejszym świecie dobry marketing i świetny PR to podstawa. Dzięki nowoczesnym technologiom można powiadomić setki, jak i nie tysiące osób, które mogą wpaść na twoje urodzinowe party. Mamy więc sex, narkotyki, alkohol i dużo muzy. Mamy proste laski pokazujące (muszę użyć tego słowa) cycki, kolesi je bzykających, kolesi rzygających, jest merc w basenie i karzeł w piekarniku. Wszystko kręcone z ręki przez jednego spokojnego „gotha”, który nie pije. Dodatkowe ujęcia to te, które przekazał podobno miejski monitoring. Dodajmy do tego małoletnich ochroniarzy z paralizatorami i porcelanowego krasnala pełnego koksu. A zapomniałem, że jeszcze lokalny handlarz dragami wpada odebrać swoją własność, paląc przy tym połowę dzielnicy.

Miała to być mieszanka Kac Vegas i American Pie, a wyszło tak sobie. Można raz, ale nie trzeba. Lepiej skoczyć na imprezę do Łukasza W. jeśli jeszcze takowe są organizowane.