ONA:

„Sponsoring” czyli „Kurwing” w całej okazałości. Juliette Binoche, która im starsza, tym bardziej juliorobertsowata (co niekoniecznie jest zaletą), gra w filmie Szumowskiej dziennikarkę, która tworzy materiał o uniwersytutkach. Kim są uniwersytutki? Ano są to młode dziewczęta, które podczas studiów pałają się najstarszym zawodem na świecie. Ale oczywiście, nie mówią o sobie, że są dziwkami. Gdzież tam! Ona uprawiają sponsoring. A na czym ten cały sponsoring polega? Oj, to proste. Bogaci panowie, biznesmeni, mężowie i ojcowie, w ramach kryzysu wieku średniego, przerostu ego (i prostaty), szukają młodych, pięknych kobiet, które służą im do seksu. Cóż, to transakcja wiązana. One mają kasę, oni mają… Nie, lepiej tego nie napiszę.

Oczywiście, jak to ostatnio wśród polskich reżyserów i scenarzystów jest modne, skupiamy się na tematach społecznych i ciężkich przy tym. Mięliśmy zatem „Salę samobójców”, były „Galerianki”, teraz czas na „Sponsoring”.

Więc nasza dziennikarka coraz głębiej i bardziej wchodzi w świat seksu i szybkich pieniędzy. Poznaje dwie dziewczyny, Charlotte i Alicję. Obie, na pierwszy rzut oka, bardzo sobie ich pracę chwalą. Do tego dołóżmy jej prywatne problemy. Dzieciaki dają w kość, od oddala się mąż. Ciągle miałam wrażenie, że prostytuowanie się i życie młodych kobiet zaczyna jej albo imponować albo przynajmniej podobać się.

I właściwie, autorka filmu ani nie krytykuje, ani nie pochwala takiej drogi życiowej, którą reprezentują dziewczyny. W dość zagmatwany sposób pokazuje zarówno plusy (kasa na waciki, fatałaszki, mieszkanko), jak i minusy (no panowie…). Wszystko jest jednak mega, mega przekoloryzowane. Oglądając ten film miałam wrażenie, że pani reżyserka Małgośka miała ochotę nakręcić coś pomiędzy erotyko-dramatem, a soft pornuchem. I właściwie jej to wyszło. Było kilka scen, które spodobały mi się pod względem wizualnym, bo zajmując się fotografią na co dzień, zwracam uwagę na oświetlenie, kadry, sposób pokazywania. Niestety, zaraz potem moje oczy widziały sceny gwałtu za pomocą szampana.

Ale zastanawiam się o kim był to film? O uniwersytutkach, które same wybrały dla siebie taką drogę kariery, czy o Anne, która ma najwyraźniej babski kryzys wieku średniego? Czego możemy się dowiedzieć? Że są laski, które uprawiają seks za kasę, bo marzy im się wystawne życie? Że są faceci, którzy mają wszystko, jednak brakuje im w seksie tego CZEGOŚ? Że tym czymś jest np. obsikanie swojej młodej kochanki? Ciągle siedzi mi w głowie ta Anne. Jeżeli moje życie potoczyłoby się tak jak jej, to przepraszam, ale przegrałabym je. Piękne mieszkanie, dobra praca, dzieci, mąż. I wszechogarniająca pustka. I masturbacja na podłodze w łazience. Nie ma w jej życiu niczego wartościowego. Młode dupy chociaż pokazują sympatię do seksu i kasy. W życiu dziennikarki jest pełne pustki.

To jest bardzo „babskie” kino. Panom polecam tylko z powodu falującego biustu Joanny Kulig. I mam nadzieję, że nikt nie potraktuje go, jako inspiracji.

ON:

Zastanawialiście się dlaczego młode dziewczyny idą do łóżka ze starymi facetami i biorą za to kasę? Dlaczego nastolatka, za markowe spodnie lub buty zrobi kolesiowi loda? Przyczyn może być wiele. W naszym społeczeństwie powiedziałoby się, że to sytuacją ją do tego zmusiła, że brak możliwości innego zarobku, problemy w rodzinie lub inny czynnik doprowadził do tego.

Dlaczego starsi zadbani faceci z kasą (często i klasą), którzy mają szczęśliwe (a przynajmniej tak im się zdaje) domy i małżeństwa, szukają pocieszenia w ramionach młodych kobiet, wśród ich ud, na ich ustach? Dlaczego kochankom opowiadają o pracy i o żonach? W naszym społeczeństwie powiedziałoby się, że to nie są częste przypadki, że może to wina żony, a może on był po prostu wstawiony i nie wiedział co robi.

W idealnym społeczeństwie nie doszło by do ani do jednej, ani do drugiej sytuacji. Ale nie żyjemy w Utopii Tomasza Morusa. Żyjemy w chorych, dziwnych i pokręconych czasach, dlaczego więc dochodzi do takich sytuacji? Dlaczego młode dziewczyny oddają się za pieniądze starszym mężczyznom, dlaczego mężczyźni korzystają z ich usług? Odpowiedź jest prosta. Bo chcą i mogą, bo jest na to społeczne przyzwolenie.

Prostytucja, czy sponsoring? Niezależnie jak nazwiemy tą metodę zarabiania pieniędzy (nie zawsze tylko przez kobiety), wygląda przeważnie w ten sam sposób. Polska reżyserka Małgorzata Szumowska, która ma za sobą głośne „33 sceny z życia”, stara się nam coś więcej o tym aspekcie życia opowiedzieć. Co ciekawsze, skupiła się na studentkach paryskich uczelni. Poznajemy Annę, dziennikarkę Elle, która jest „niemą” narratorką w tym filmie, to ona jest narzędziem, siłą sprawczą, która za nakazem, a może przyzwoleniem szefów, rozpoczyna pracę nad artykułem, który jest głównym wątkiem filmu. Kobieta w średnim wieku, ma męża i dwóch synów musi stanąć twarzą w twarz z dwoma młodymi dziewczynami trudniącymi się „prostytucją” – tu ładnie nazwaną sponsoringiem. Te dwie dziewczyny: Francuzka Charllote i Polka Alicja, wprowadzą ją w świat sponsoringu.  Dla nich mimo, że nie jest on idealny, to wydaje się dobrym. Obie do wyboru takiego sposobu życia zmusiła sytuacja, przeszkody postawione przez los, wydarzenia jakie stanęły na ich drodze. W chwili gdy okazało się, iż zarobienie dużych pieniędzy nie wymaga ogromnego wysiłku, „sponsoring” zaczął wchodzić w krew, stał się nawykiem, pracą jak każda inna. Opowieści dziewczyn, opisujące ich kolejne spotkania z klientami, przeplatane są scenami z życia Anny, dość nudnego i przewidywalnego. Starszy syn buntownik, młodszy jakiś nieobecny, mąż zapracowany, nie sypiający z żoną, oglądający porno na swoim macbooku. Kolejne chwile jakie Anna spędza wraz z dziewczynami przypominają jej, że ona też jest kobietą, że też ma swoją seksualność, a ciało swoje potrzeby. Doprowadza to do, szybkiej, jakże „złej” masturbacji. Pośpieszny akt, po którym trzeba zatrzeć ślady.

Cała opowieść trwa jeden dzień i kończy się kolacją w domu Anny i jej męża. Właściwie, chciałbym powiedzieć, że to dopiero początek tego filmu, niestety zbliżamy się do końca. Sponsoring jest błahy i płytki, nie wnosi praktycznie nic do kinematografii. Po prostu film jakich było i będzie wiele. To kolejny polski (mimo, że francuskojęzyczny) film, niebędący dziełem wybitnym, który stara się poruszyć ważny temat społeczny, ale nie wychodzi to tak samo jak nie wyszło w przypadku „Galerianek” Jest nudno i przewidywalnie.

Można zobaczyć, ale nie trzeba. Jeśli zaś ktoś naprawdę potrzebuje czegoś w tej tematyce, to lepiej poświęcić czas na przeczytanie „Nany” Emila Zoli, dzieła które ma już ponad 100 lat, a mówi o aspektach bycia prostytutką więcej niż nie jeden współczesny film.