ON:
Za żadne skarby nie powiedziałbym, że „Insomnia” jest filmem Nolana. Jest w nim coś mroczniejszego, jest drugie dno, będące tajemnicą, do której dążą bohaterowie tejże opowieści, jednak wszystko przedstawione jest w sposób mało mnie zadowalający. „Bezsenność” pojawia się na blogu w ramach tygodnia z filmami z Robinem Williamsem. Po komediach, obrazach dla dzieci i po dziełach opowiadających o konflikcie w Wietnamie – przyszedł czas na thriller.
Film Nolana może zauroczyć z dwóch powodów. Jeden – to fenomenalnie zdjęcia alaskańskich krajobrazów, drugi – to sposób w jaki przedstawiona jest tutaj ludzka moralność, a może dokładniej jej brak. Praktycznie każdy z bohaterów ma swój mały smrodek, który unosi się koło jego osoby. Wszystko zaczyna się od przepięknych zdjęć lodowca, nad którym unosi się samolot z dwójką detektywów na pokładzie. Przybywają oni z odsieczą na Alaskę, gdzie została pobita na śmierć młoda dziewczyna. Ich wyprawa w te rejony jest swoistą karą, bowiem przeciwko nim wydział wewnętrzny prowadzi śledztwo. O co chodzi? Podobno o branie kasy od mobsterów, a może jeszcze o coś innego. Jednym z lecących samolotem jest Will Dormer, swoista legenda wśród policjantów. O nim uczą się w akademii, to człowiek, który ma na swoim koncie kilka naprawdę spektakularnych akcji. Jest gwiazdą, ale gwiazdą na zesłaniu.
Gdy tylko samolot siądzie na pasie, panowie zostają odebrani przez lokalną policjantkę i na ich prośbę zawiezieni na miejsce zbrodni. Tutaj Dormer pokazuje jak dobrego nosa ma do takich spraw. Dość szybko znajduje drobiazgi nie pasujące do całej układanki i rozpoczyna śledztwo. Sprawa jest dość nietypowa jak na taką małą mieścinę, w której główne problemy to pijani rybacy i pokiereszowani drwale. Całe szczęście są przyjezdni. Sprawa zaczyna się jednak dość szybko komplikować, a do tego dochodzą jeszcze czynniki klimatyczne, a dokładniej mówiąc białe noce. Nie przyzwyczajony do takiego zjawiska Dormer zaczyna kroczyć na granicy świata rzeczywistego i majaków, będących skutkiem niewyspania. Jednak dnia pewnego następuje przełom i detektyw staje oko w oko ze sprawcą…
Jak na przyzwoity thriller przystało, nie brak tutaj zwrotów akcji i drobiazgów, które mają nas przekonać do polubienia kolejnych postaci. Niestety, zawiedziony będzie każdy, kto spodziewa się opowieści rzędu „Se7en”. To zupełnie inny poziom, którego Nolanowi z tamtych czasów brakowało do Finchera. Widać, że reżyser „Nietoperza” jeszcze szukał swojego stylu. Co do samego Robina Wiliamsa, to miał na swoim koncie dużo lepsze role.
ONA:
„A może chcesz zobaczyć film, w którym Williams gra lekkiego świra i mordercę?” – zapytał Dejw, kiedy tworzyliśmy listę produkcji z Robinem na ten tydzień. Chwila, chwila – rozłóżmy to na części pierwsze. Film z Williamsem, aktorem, który jak nikt potrafi rozśmieszać, którego najsłynniejsze role to właśnie te komediowe, który ma niesamowite umiejętności i potrafi wcielić się w każdą postać… Hmmm… Ale czy w mordercę? Moja ciekawość skwierczała jak kawałek boczusia na rozgrzanej patelni. A gdy Dejw dodał, że film ten wyreżyserował Christopher Nolan – byłam kupiona.
Akcja filmu dzieje się na malowniczej, półdzikiej Alasce – z miejsca zapragnęłam by tam zamieszkać. Zachwycająca przyroda, której ludzka dłoń jeszcze nie zniszczyła, drewniane domy, położone w górach – no wprost wymarzone miejsce do spokojnego relaksowania się z książką, przy kominku, bez zbędnego dostępu do cywilizacji. Ale ta mieścina wcale nie jest taka „spokojna”, jak mogłoby się wydawać. Właśnie policja znalazła ciało 17 letniej dziewczyny. Oczywiście – nieżywa. Sprawą zaczyna zajmować się ściągnięty specjalnie z tej „okazji” stary, dobry gliniarz – Will Dormer (Al Pacino), który wie, że znajdzie mordercę. Bo przecież to zapadła dziura i zabił ją najpewniej ktoś z mieszkańców… Will jest doświadczonym policjantem. Od razu wie co należy zrobić, jak trzeba zwabić mordercę. Lokalni krawężnicy są zafascynowani jego metodami. Oni przyzwyczajeni są jedynie do lekkich rozrób – ta sprawa jest dużo poważniejsza. I wtedy pojawiają się pierwsze tropy. Zasadzka prowadzi wprost do kryjówki mordercy. Tylko niestety, nic nie idzie tak, jak powinno. Dormer strzela, ale zamiast trafić do podejrzanego, trafia swojego partnera, który ginie na miejscu. Mężczyzna panikuje. Odwraca zupełnie kota ogonem, zrzucając winę na wszystkich, tylko nie na siebie. Za wszelką cenę nie chce dopuścić, by prawda wyszła na jaw. Ale wcale to nie będzie takie proste, bowiem młoda policjantka Ellie (Hilary Swank) dość skrupulatnie łączy fakty i pewnego dnia, tak po prostu, zadzwonił do niego główny podejrzany – Walter Finch (Robin Williams) mówiąc, że widział, co Will zrobił… Panowie zaczynają w absolutnie pozbawiony rozsądku sposób ze sobą „współpracować”. A do tego wszystkiego dochodzi totalna bezsenność głównego bohatera. Jak to powiedziała Ellie: „Dobry gliniarz nie śpi, bo myśli o sprawie. Zły – bo ma wyrzuty sumienia”.
„Bezsenność” to film, który się ciągnie, to fakt, ale co jakiś czas mamy zwrot akcji. Atmosfera robi się gęsta, niebezpieczna, w tym „mleku” czai się zło, ale nie wiemy gdzie konkretnie ono jest i w kim drzemie. Ten film nie ma jednego złego bohatera – tu jest ich kilku. Każde zło ma inną twarz, każde jest niebezpieczne. Tajemnica czeka aż do samego końca na rozwiązanie. Największą zaletą tego dzieła jest jego dziwna, nieco oniryczna atmosfera. To już sen, czy jeszcze realność? To jeszcze kryminał, czy już film psychologiczny? Obejrzyjcie, bo Williams nawet w roli mordercy daje radę.
