ONA:
Dziwnych czasów dożyliśmy. W dziwnej realności przyszło nam żyć. Granice już dawno temu zostały zatarte, nie tylko te fizyczne, ale przede wszystkim te w nas. Wydawać by się mogło, że to dobrze, bo przecież każdemu przysługuje wolność, ale czy na pewno? Granic nie ma. Wszystko spowszechniało. Prostytucja jest coraz bardziej legalna, wydawanie dziewczynek za mąż nazywane jest „obrzędem kulturowym”, a pokazywanie w telewizji śniadaniowej obrazów przepełnionych wojną, śmiercią, grozą okazuje się być świetnym pomysłem do porannej kawki i chleba z masłem.
Film Dana Gilroya „Wolny strzelec” opowiada o mężczyźnie – Louisie (Jake Gyllenhaal), który podczas „poszukiwania pracy”, wpada na pomysł, by wejść w branżę reporterską, ale taką najgorszą. Ma amatorski sprzęt i wielką determinację, żeby zacząć działać w tym biznesie. Pod osłoną nocy wsłuchuje się w policyjne raporty, by dotrzeć na miejsce najszybciej z wszystkich i nagrać to, co tam znajdzie. A znajduje najgorsze: trupy, prawie trupy, tragedie, śmierć. Bez mrugnięcia okiem wyjmuje swój sprzęt i przy pomocy odpowiednich ujęć i zbliżeń nagrywa materiał, który potem wyląduje w lokalnych wiadomościach. Od pierwszego materiału trafia pod skrzydła Niny, która pracuje w podupadającej telewizji. Kobieta jeszcze o tym nie wie, ale mocno przyczyni się do stworzenia potwora, dla którego wartością nadrzędną stanie się reportaż, a nie ludzkie życie. Póki co młody freelancer ją zaskakuje, bo jest czym. Louis ma gdzieś wszelkie zasady i dobry smak. Im więcej krwi i tragedii – tym lepiej. Z każdym kolejnym materiałem coraz bardziej szlifuje swoje umiejętności i przy okazji całkowicie zatraca się w swoim „zawodzie”. Chcąc ulepszyć swój warsztat „zatrudnia” Ricka, chłopaka, który weźmie każdą pracę, byle tylko zarobić chociaż kilka dolców. I ten dwuosobowy zespół pruje nocą ulice miasta, szukając tragedii. Ale nie po to, by nieś pomoc, tylko po to, by ją nagrać, a potem sprzedać.
Oczywiście, żeby zagęścić atmosferę, a w widzu jeszcze bardziej wzmocnić wrażenie, że zaraz skończy się dobra passa Louisa, wprowadzona zostaje akcja w willi. Nasz reporter dociera na miejsce tragedii jeszcze przed policjantami i nagrywa wszystko z ukrycia. Wystrzały, a potem dwóch facetów, którzy wychodzą z domu. Kiedy ich już nie ma, Louise znajduje 3 trupy. Z wnikliwą dokładnością nagrywa całą tragedię, która rozegrała się w tym miejscu. Szefowa jest posikana z radości – materiał będzie na ustach wszystkich. A samym reporterem zaczyna interesować się policja.
Ten film skonstruowany jest tak, że od samego początku czujemy, że coś śmierdzi i to bardzo. W mojej głowie kotłowało się tyle myśli, tyle teorii spiskowych, a koniec końców i tak wszystkie one poszły w piach. „Wolny strzelec” wciąga i to pierońsko. Jest tu mnóstwo zdewaluowanych emocji, pragnień i bardzo nieludzkich odruchów, a Gyllenhaal gra mistrzowsko. Całość dopełnia świetna gra kadrami i ujęciami pod osłoną nocy, kiedy to nagle całe człowieczeństwo niknie, a na wierzch wychodzi totalne gówno. Z jednej strony to kino spokojnie prowadzące nas przez kolejne fragmenty układanki, z drugiej – ostry zapierdziel po następujących po sobie tragediach. A w tle mamy takie bzdury jak oglądalność, słupki, kasę.
ON:
Wyraz nightcrawler nie oznacza wolnego strzelca, jak próbuje nam to wmówić polski dystrybutor. Gdyby przetłumaczyć dosadnie tytuł filmu Dana Gilroya, to mógłby on brzmieć „nocny pełzacz” lub „robak”. Trzeba przyznać, że taki napis na plakacie może nie przyciągnąć większej ilości widzów, ale na pewno bardziej oddaje to, czym jest najnowszy film z Gyllenhaalem.
Gilroy, będący jednocześnie reżyserem i scenarzystą, postanawia zabrać nas w brudną podróż po nocnym, pełnym przemocy Los Angeles. Miasto Aniołów nie jest jednak miejscem świętym. Gdy wyjdziemy na ulicę, to łatwo jest zobaczyć jak blisko nam do piekła. Strzelaniny, wypadki, pobicia i gwałty, to z tym musi sobie radzić policja każdej nocy. W tym przedsionku piekielnym żyje Louis Bloom. Drobny cwaniaczek, złodziejaszek, podkradający towar ze składów budowlanych, który później sprzedaję je pod ladami lokalnym majstrom. Już na początku opowieści widać, że mamy do czynienia z szują i kanalią, kolesiem wyrachowanym i nie znającym ustępstw.
Gdy wraca do domu z nocnego rabunku, przypadkowo staje się świadkiem wypadku. Gdy idzie w kierunku palącego się samochodu, mija go biegnący wolny strzelec. Dziennikarzyna najniższego lotu, mężczyzna, który zarabia na ludzkim nieszczęściu, krwi i przemocy. On nie zna skrupułów. Dla niego liczy się materiał, który można sprzedać każdej ze stacji, a film wyemituje w porannych wiadomościach ta antena, która da najwięcej. To daje do myślenia. Bloom szybko zaopatruje się w kamerę oraz radio policyjne i zaczyna pierwszy nocny wypad. Szybko się ukazuje, że ma on dryg do tej roboty. Może dlatego, że jak sam mów „Nie lubi ludzi”. Nagrywanie tego, jak bliźniemu dzieje się krzywda, sprawia mu dziką satysfakcję, można powiedzieć, że graniczy z rozkoszą. Idealnie się składa, że pani dyrektor pracująca na nocnej zmianie kanału 6, do którego Louis sprzedaje filmy, także podnieca się sensacją. Dla tej dwójki to chleb powszedni, pozwalający zarobić kasę, zwiększyć oglądalność, przyciągnąć reklamodawców.
Tak naprawdę film jest podróżą w głąb ludzkiej duszy. Pokazuje, jak daleko posuniemy się, aby zarobić pieniądze, mieć swoje pięć minut sławy. Pokazuje, że coś takiego, jak etyka dziennikarska na pewnych poziomach nie istnieje. Ważny jest widz i oglądalność. Szmatławe gazety i szmatławe stacje szukają taniej sensacji, budując audiencję na ranach postrzałowych i odciętych członkach. „Nightcrawler” to opowieść o ludzkim robaku, który nie chce wygrzebać się z gówna miasta. Jest mu tam dobrze, na samym dole w śród fekaliów, ziemi, brudu i potu. Nie chce iść wyżej i wyżej, bo w tym bagnie jest uznawany za króla lub przynajmniej za niego się uważa.
