ONA:

Adam Sandler to jeden z tych aktorów, którego cały dorobek widziałam i w większości przypadków – bardzo lubię. Prowadzę dość mozolną krucjatę, by odczarować moim znajomym tego pana, którego większość osób kojarzy niestety – z tymi słabymi rolami, bo one były odpowiednio długo wałkowane przez Mega Hit na Polsacie i tak zostały zakodowane. Wrzuca się Sandlera do tego samego worka co Bena Stillera, który jest śmieszny w sposób podobny do biegunki, czy co Owena Wilsona, który jest po prostu marnym aktorem… Ze Sandlerem jest inaczej. Mój dziadek całe życie mi powtarzał, że mądra osoba będzie potrafiła udawać idiotę. Ale w drugą stronę tak nigdy się nie uda. Sandler to taka właśnie osoba. Może grać idiotę, może być udawanym gejem-strażakiem, może być tatą, pracownikiem oceanarium, może być bliskowschodnim fryzjerem i chirurgiem plastycznym, który za wszelką cenę chce dorwać się do ogródeczka apetycznej niuni. Ale jedno jest pewne – w swoich rolach daje 100% siebie, z zawadiackim humorem, który ma w dupie konwenanse i poprawność polityczną, kpiąc przy tym z każdego… Dziś – „Billy Madison”, film, który pod warstwą „zidiocenia” ma sympatyczną opowieść o ambicji, o celach i o najważniejszym zawodzie na świecie, jakim jest zawód nauczyciela…

Billy Madison to młody mężczyzna z bardzo bogatego domu. Rodzice odnieśli sukces w branży hotelowej, a on sam całe życie pławił się w luksusie. Nie musiał niczego, ani się uczyć, ani pracować, bo jego przyszłość była zapewniona i to całkiem komfortowo. Zamiast tego mógł pływać w basenie z dwójką swoich równie leniwych kumpli i zalewać mordę wieczór w wieczór. Jego ojciec długo łudził się, że mężczyzna o umyśle i ambicji rozkapryszonego bachora kiedyś przejmie jego firmę, ale musiał przejrzeć na oczy. Billy nie dorośnie, nie zmieni się, nie poprowadzi korporacji. Zestarzeje się w tym basenie, z tymi kolegami i kolejną puszką piwa. Dlatego senior postanowił, że po jego odejściu na emeryturę przedsiębiorstwo nie otrzyma junior, a cwany japiszon, Eric. Wtedy Billy otwiera oczy i postanawia powalczyć o swoje miejsce. Postanawia naprawić wszystko i zacząć od swojej edukacji, którą fundował tatuś, by chłopak tylko przechodził z klasy do klasy. Billy ma wrócić na sam początek i w każdej klasie być 2 tygodnie. Ma też zdawać egzamin po każdym etapie, aż do samej matury. A potem się okaże, co dalej. Ma w ten sposób udowodnić tacie, że jak chce – to potrafi i jego ambicje sięgają dalej, niż brzeg basenu. Czas więc wrócić do zerówki…

Ten film jest banalny, jest durny, jest bardzo pokraczny i ma fabułę, która nie stała nawet obok logiki. Ba, nie poznałaby jej nawet wtedy, gdyby ją w dupę ugryzła. Ale jest śmieszny, jest przerysowany, cynicznie rozprawia się z całym światem i gwarantuje dobrą zabawę przy rubasznych, niepoprawnych żartach. Mam wrażenie, że „Billy Madison” w karierze Sandlera był momentem przełomowym, a po nim było już tylko lepiej.

ON:

„Billy Madison” miał być swoistym odmóżdżeniem po ciężkim kinie, jakie sobie zaserwowaliśmy z Pauliną. Po seansie zdałem sobie sprawę z tego, że nie tylko polska kinematografia ma na swoim koncie gówniane filmy.

Komedie z Sandlerem dzielą się na te zajebiste i na te, których oglądać się nie da. Ta zalicza się do tej drugiej grupy. Historia skupia się na rozpieszczonym i bardzo infantylnym synu potentata hotelowego. Billy, bo to o nim mowa, spędza całe dnie na piciu drinków, taplaniu się w basenie i oglądaniu świerszczyków. Niejeden bardziej ogarnięty siedmiolatek ma więcej oleju w głowie, niż ta parodia człowieka. Może po prostu Billy jest upośledzony, co by tłumaczyło wiele jego zachowań. Ciężko powiedzieć, bowiem czasem facet zachowuje się całkiem normalnie, a innym razem tak, jakby pozamieniał się ze swoim kutongiem na łby.

Nadchodzi dzień, w którym ojciec decyduje się zejść ze sceny i przekazać ster komuś innemu. Nie wybiera jednak syna, a swojego przydupasa, kombinatora i cwaniaka – Erica Gordona. Wybór ten bardzo boli Billy’ego. Postanawia on przekonać ojca, że nadaje się do prowadzenia firmy. Proponuje mu układ – powtórzy raz jeszcze wszystkie klasy i zda końcowy egzamin, by w ten sposób dowieść, że jest osobą odpowiednią na stanowisko prezesa wielkiego koncernu hotelowego. Oczywiście Eric będzie się starał zrobić wszystko, aby syn Madisona nie ukończył szkoły.

Można powiedzieć: „No i zaczyna się”. Jezu naprawdę brak mi słów, którymi mogę napisać jak słaby i beznadziejny jest to film. Paula zarzuca mi, że się śmiałem. Tak, śmiałem się dwa razy. Raz podczas sceny z Buscemim, a drugi podczas napisów końcowych. Ten drugi śmiech, to histeryczny rechot szczęścia, że mam już za sobą to dzieło.

„Billy Madison” to film nędzny i żenujący. Na siłę upchane są tu elementy, które nie mają zupełnie sensu. Jest wielki pingwin, są głupie dowcipy nawiązujące do seksu, jest kretynizm nieopisany. Cały nakład tego filmu powinno zakopać się koło gry „E.T” na pustyni w Arizonie, to odpowiednie miejsce dla tego typu gniota.