ONA:
Nie lubię Toma Cruise’a. Nie lubię i tyle. To dokładnie ten sam poziom „nielubienia”, który dotyczy antyfanów szpinaku, latania, czy tataru. Nie twierdzę, że to zły aktor, ale tyłka mi nie urwał. Ma szczęście, bo ciągle trafia do bardzo dobrych produkcji, które są popularne i na ustach wszystkich, a to ze względu na tematykę, a to przez sukces komercyjny. Dla mnie Cruise to przede wszystkim ortodoksyjny świr, który mentalnie jest na tym samym poziomie co fanatycy, którzy się wysadzają albo każdego 10go danego miesiąca koczują pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Wyprany mózg i tyle. I nie potrafię przez ten pryzmat patrzeć na niego jako aktora, ale nic nie poradzę na to, że on zagrał w kilku naprawdę WAŻNYCH produkcjach, które wypada znać.
Jednym z takich filmów jest starsze już dzieło, które wyreżyserował w 1989 roku Oliver Stone i które oparte jest na prawdziwej historii pewnego amerykańskiego żołnierza.
Ron Kovic (Tom Cruise) to młody chłopak, którego życie tak naprawdę dopiero co się rozpoczęło. Po skończeniu szkoły jako jeden z nielicznych zgłosił się do armii. Stany akurat zaczynały działania wojenne w Wietnamie, a Ronowi marzyło się od małego bajtla bronienie ojczyzny, tak jak to robili jego przodkowie. Patriotyzm i honor wzięły górę i chłopak wylądował w samym środku azjatyckiego piekła. Wojna dość szybko pokazała swoje prawdziwe oblicze. Zabijanie cywilów, kobiet, dzieci, śmierć czyhająca z każdej strony, zamiatanie problemów pod dywan… A potem zasadzka, w którą wpadł jego oddział. Zasadzka, która na zawsze powaliła go na twarz – dosłownie, bo po postrzale już nigdy nie będzie mógł stanąć na nogi…
Kiedy koszmar „wietnamski” się skończył, zaczął się istny, codzienny horror. Szpital dla weteranów to jedna, wielka mordownia, gdzie traktują Cię jak rzecz, jak byle co. A Ty przecież jeszcze niedawno temu walczyłeś o ojczyznę! O wartości!!! Teraz masz rurę w dupie i nawet kloca walisz wtedy, kiedy Ci każą, bo akurat teraz jest Twoja kolej. Myty jesteś jak stary samochód w myjni. Brakuje sprzętu, leków, perspektyw. Wszyscy Cię zlewają i nikogo nie interesuje to, że Ty poświeciłeś się dla kraju. Właściwie to coraz więcej osób zaczyna mówić, że to był błąd. A Ty? Przykuty do łóżka/wózka już nigdy nie staniesz na nogi. Zawsze prędzej czy później będziesz od kogoś zależny. Możesz też zapomnieć o dzieciach. Ta kula, która utknęła w Twoim ciele, pozbawiła Cie nie tylko sprawności, ale i wykastrowała Cię, zupełnie przypadkowo. Seks przestał istnieć, a przecież nigdy nie zaczął… I dochodzi do tego momentu, kiedy musisz opuścić koszmarny szpital i zacząć żyć na nowo, w normalnym świecie… Wtedy zaczynasz zauważać, jakie to wszystko było beznadziejnie prowizoryczne.
Do Rona pewne rzeczy dotarły z konkretnym opóźnieniem. Na szczęście – dotarły. Co prawda musiał pożegnać się z konserwatywną rodziną, która jego przemiany nie potrafiła zaakceptować, ale znalazł się pośród innych, którzy tak jak on zaczęli podważać ideę wojny. Dziś Ron jest aktywistą na rzecz ruchu antywojennego, który aż 12 razy był aresztowany za uczestnictwo w protestach politycznych. „Urodziny 4 lipca” to jego historia – to historia weterana wojennego, który zobaczył na własne oczy jak wygląda wojna i poczuł to piekło. Jemu udało się, a jego postać stała się symbolem. Kovic przeciwstawia się każdej wojnie – w tym tej w Iraku. Ciągle aktywny, ciągle ważny – ciągle ikona tego jak beznadziejna potrafi być ideologia i jak ślepo ludzie potrafią brnąć, będąc pod wpływem sloganów.
Film Stone’a nie jest perfekcyjny. Jest tu kilka bzdurek, które może nie tyle „rażą”, ile są widoczne. Ale mimo to jest mistrzowsko zrealizowany. Ma świetne zdjęcia i oprawę muzyczną, ma kapitalną obsadę (tak, w tym i Cruise) i opowiada o takiej historii, że nie da się jej potem jeszcze długo usunąć z pamięci.
ON:
„Urodzony 4 lipca” leżał na wyprzedaży za 25 zł. Tyle trzeba było zapłacić za płytkę BR, na której znajduje się wyjątkowe dzieło Olivera Stone’a. Tak bardzo zdewaluowała się sztuka filmowa? Może po prostu problemy Ameryki okresu wojny w Wietnamie przestały być tematem, który się jeszcze sprzedaje? Stone filmem z 1989 roku starał się rozprawić z systemem i rządami kolejnych prezydentów USA. Robi to biograficzną opowieścią o jednym sparaliżowanym młodym weteranie.
Ron Kovic pochodzi z katolickiej rodziny, a wychował się w Massapequa w stanie Nowy Jork. Młodość spędził jak wielu jego rówieśników na grze w baseball, zabawę, jazdę na rowerze i naukę. Później zabrał się za zapasy, ale w kluczowym momencie dał ciała. To były czasy, w których wojskowi odwiedzali szkoły, by łapać w swoje złotouste sidła młody narybek. Opowiadali historie i bajki, jakie chciał słyszeć każdy młodzieniec. Przepełnione były one bohaterskimi czynami, medalami i pięknymi kobietami. „Ojczyzna wzywa!”. I wzywała co drugiego, trzeciego, piątego chłopca, który dał się złapać w sieć.
Taki był Kovic młody i naiwny. Nie można mu jednak ująć tego, że był także patriotą. Dla niego wojna to obowiązek, który należy spełnić, aby pokazać, kto tak naprawdę jest mężczyzną. Niestety, wojna nie okazała się piękną panią, choć chłopcy za nią mkną jak szaleni i starają się jej zajrzeć pod sukienkę, to nie znajdują tam nic, poza śmiercią. Ron miał więcej szczęścia, chociaż czy można mówić o szczęściu w chwili, gdy resztę życia spędzasz na wózku, a od szóstego kręgu w dół nie czujesz nic? Myślę, że nie. Haldeman napisałby, że to „Wyrok śmierci z odroczeniem”.
Tak naprawdę nie wiadomo co było gorsze: wojna w Wietnamie, która zostawia ślady na ciele i psychice, czy to, co zastajesz po powrocie w kraju, który kochasz? Okazuje się, że Wietnam jest ściemą. Nikt się nie przejmuje walczącymi tysiące kilometrów od USA. Rząd wysyła kolejne plutony, hipisi protestują, a weterani srają pod siebie w niedofinansowanych szpitalach. Stone stara się wraz ze współscenarzystą, prawdziwym Ronem Kovicem, pokazać jego przemianę. Krok po korku przeanalizować drogę, jaką musi przebyć, by stać się jednym najbardziej zagorzałych przecinków wojny wśród weteranów z Wietnamu. Droga ta nie jest łatwą, a ci, którzy mogliby wydawać się wsparciem, nim nie są. Przyjdzie nam to sprawdzić wraz z głównym bohaterem, który będzie musiał odnaleźć siebie na nowo.
W rolę Kovica wciela się Tom Cruise, który nie jest może fenomenalny, ale nie można mu odmówić pewnej autentyczności, która została nagrodzona nominacją do Oscara. Tom nie zgarnął statuetki, ale udało się to Stone’owi za reżyserię. Myślę, że zasłużenie, bo pomimo swojego „wieku”, „Urodziny 4 lipca” jest filmem ponadczasowym. Wszystko przez poruszany w nim temat wojny i jej wpływu na niewinną jednostkę oraz całe społeczeństwo.
