ONA:

Te osoby, które mnie znają i czytają Marudzenie, wiedzą, że mam prawdziwego fisia na punkcie kilku obszarów historii i sztuki. Moim ulubionym władcą, który kiedykolwiek rządził na tym świecie, jest królowa Elżbieta I i potrafię godzinami rozprawiać dlaczego postawiłam akurat na nią – to, jeśli chodzi o historię. W sztuce zakochana jestem od lat w impresjonistach i w tym roku, podczas pobytu w Oslo, mogłam stanąć twarzą w twarz z dziełami moich ukochanych malarzy, co doprowadziło mnie na skraj wzruszenia. Ale jest jeszcze jedna dziedzina sztuki, którą wielbię, mimo, że nigdy nie przyszło mi z nią obcować „namacalnie”. Ale wszystko przede mną!

Co mam na myśli? Ano modę, cały przemysł związany z modą, projektantów mody i to, jak zmieniała się ona na przestrzeni lat. Zażeram się książkami o tej tematyce i nie ukrywam, że mam swoich ulubieńców, którzy pasują mi niebywale nie tylko jako twórcy, ale i jako jednostki. Numerem jeden od lat jest Coco Channel. Numerem dwa – YSL. A kto zgarnie trzecie miejsce? Ano top3 zamyka duet. I nie, nie jest to Dolce z Gabbaną. To Versace i Versace. I tak się szczęśliwie poukładało, że w jednym czasie czytałam biografię Gianniego, a chwilę później uzupełniłam wiedzę przy pomocy filmu „telewizyjnego”, który opowiada historię domu Versace w najbardziej kryzysowym momencie.

Armani ponoć trafia idealnie w gusta żon i dziewic. Prace Gianniego Versace – w gusta kochanek. Razem ze swoją siostrą, Donatellą, tworzyli duet, który prędzej czy później musiał podbić świat. Mówili o sobie, że są dwiema stronami tej samej monety. Ona potrafiła go upiłować, on – zawsze liczył się z jej zdaniem. Oboje twierdzili, że ostatnie zdanie zależy właśnie od nich, ale to Donatella krzyczała głośniej. I zawsze w dobrej wierze. Ich stroje nosiły najpotężniejsze kobiety: od Madonny, przez Penelope Cruz, po Lady Di. Oni pierwsi wykreowali supermodelki, od Naomi, po Cindy. Byli śmiali, a klientki to pokochały. Miłość do tkanin wpoiła im mama, szwaczka, która nauczyła ich podejścia zarówno do rzemiosła, jak i do sztuki. Gianni sam na siebie mówił, że jest starą ciotą, która lubi się wieczorem poprzytulać do swojego partnera. Donatella, mimo, że była żoną i matką, wybierała zupełnie inne wyjścia. Spalone do granic przyzwoitości, proste jak druty blond włosy. Do tego spalona opalaniem skóra, potężne ilości biżuterii i szpilki – zawsze. Pociągi do chirurgii i medycyny estetycznej to jedno, ale tyłek wielkości orzeszka – to drugie. I do tego mała, złota fiolka, wypełniona śnieżnobiałym koksem. Potem fiolka zmieniła się na pudełko, dość spore pudełko… Ale stara ciota i królowa kiczu dawali czadu. On tworzył, ona robiła szum. I wtedy Gianni został zamordowany pod swoim własnym domem. Tylko Donatella mogła go zastąpić. Nikt inny – tylko ona. Ale miks oczekiwań i ambicji, porywczego, włoskiego charakteru, z coraz większymi ilościami alkoholu, koksu i tabletek, mogło doprowadzić tylko do jednego. Donatella stanęła na skraju. A wraz z nią całe imperium Versace, któremu zagroziło bankructwo…

Przyznam szczerze, że nadal mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o filmy „telewizyjne”. „Hawking” był naprawdę dobry, ale jedna jaskółka wiosny przecież nie czyni. A tu się okazuje, że mamy dwie jaskółki, bowiem „House od Versace” to naprawdę niezła produkcja. Jest oka krótka, więc historia jest dość mocno przeczesana, ale i tak wciąga. Jest tu dużo przepychu, dużo złota i bogactwa, dużo krzyków, bo hej – to przecież Włosi. Bez wątpienia całą uwagę skupia Gina Gershon, która jako Donatella jest rewelacyjna, a to przecież aktorka klasy B. Widać tego typu kreacja pasuje do niej, bo nawet wizualnie panie są do siebie podobne. Intrygującą rolę ma tu również Raquel Welch w roli ciotki – typowej, włoskiej mamuśki, którą każdy chciałby mieć w rodzinie.

To film zarówno dla zainteresowanych modą, jak i dla fanów obyczajów, bo fabuła jest ciekawa i daje do myślenia, a przy okazji można dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach, których znamy tylko z warstwy „wierzchniej”. Szczególnie, gdy za tym całym dobrobytem, złotem i obrazami Picasso, dzieje się wiele spustoszeń i tragedii.