ONA:
Do dziś nie miałam pojęcia kim jest Phil Spector. To dziwne, bowiem jest on producentem, który stał za sukcesami jednych z moich ulubionych muzyków. W 1989 roku wprowadzono go nawet do Rock and Roll Hall of Fame za wkład w rozwój muzyki. Miał sławę, szacunek, popularność. Przyjaźnił się z największymi, najbardziej znanymi. Uczestniczył, tworzył historię muzyki. A ja (i pewnie wielu innych ludzi) poznaję go w kontekście sądowym, gdyż po latach „przerwy” wrócił na pierwsze strony gazet, ale nie za sprawą muzyki, tylko z oskarżeniem o morderstwo.
Był Michael Jackson, którego prawnicy robili co mogli, by obronić go przed sądem w sprawie o molestowanie dzieci. Był Roman Polański, który do dziś męczy się z wyrokiem sprzed lat. Był O.J. Simpson, który ponoć zamordował niewierną żonę, a którego z tarapatów wyciągnął ojciec Kim Kardashian, wchodząc dzięki temu szturmem do grona celebrytów, z którego jego córki do dziś nie wyszły. Swoją drogą, to niezły paradoks, O.J. koniec końców wylądował w więzieniu, a Kardashianki – na pierwszych stronach gazet. Ale nie o nich dziś będę pisać. „Gwiazd” ze szczytu, które igrały/igrają/będą igrać z prawem – było/jest/będzie wiele. Phil Spector z pewnością do tego grona należy.
Przyznam, że zachęciły mnie dwa elementy, do obejrzenia tego dzieła. Historia i obsada. „Adwokacki” film o aferze – brzmi dobrze. A Al Pacino i Helen Mirren w rolach głównych sprawiają, że wszystko nabiera błysku i blasku. I tu skucha. Bo nawet dwa tak wielkie nazwiska nie są w stanie podnieść ciężar dzieła, które przez 80% swojej fabuły jest po prostu nudne. A tak właśnie było. Historię Spectora poznajemy, gdy wybucha cała afera. Podstarzały producent oskarżony jest o zamordowanie – zastrzelenie dokładnie – pewnej młodej kobiety, aktorki Leny Clarkson. Oczywiście on twierdzi, że nic takiego nie miało miejsca, a dziewczyna popełniła samobójstwo, którego on był świadkiem. Opinia publiczna gotuje się – oni już dawno wydali wyrok. Phil znany był z różnego rodzaju ekscesów, a ponoć na starość, kiedy hydraulika zaczęła nawalać, a po organizmie krąży więcej „środków” niż krwi, ekscentryczny dziadeczek lubił się zabawić np. w grożenie bronią. Ta sprawa śmierdzi na kilometr, ale Linda Kenney Baden (H. Mirren) postanowiła zrobić wszystko, żeby swojego klienta wybronić. I właśnie o tym jest ten film – mnóstwo tu niedopowiedzeń, lawirowania pomiędzy dowodami, a przypuszczeniami, pomiędzy faktami, a samonapędzającą się lawiną oskarżeń. Linda jest zdeterminowana, Phil – zagubiony, opinia publiczna – jest wściekła. I tak nawzajem przekrzykują się przez większość filmu, który dopiero pod koniec, gdy czekamy na samą rozprawę, zaczyna intrygować. A potem są napisy końcowe.
Podejrzewam, że twórcom chodziło o stymulowanie napięcia poprzez nawarstwianie emocji oraz tego całego, prawniczego bełkotu. Szkoda tylko, że film w momencie „rozkręcenia się” – skończył się. Tak po prostu. Boom, napisy, które zdradziły jak ta historia się skończyła. A potem już tylko obsada, twórcy i tyle. Jestem ogromnie zawiedziona i dochodzę do smutnego wniosku, że to dzieło było po prostu nudne. Takie filmy są najgorsze. A jak jeszcze kuszą wielkimi nazwiskami, po czym okazują się zupełnie bez smaku, to zbrodnia przeciwko ludzkości.
