ON:
Brakowało mi starego, dobrego Finchera. Reżysera, który z „Siedem” zrobił dzieło sztuki, a „Podziemny Kręgiem” sprawił, że sięgnąłem po prozę Palahniuka. Niezły „Social Network” oraz „Dziewczyna z tatuażem” jednak nie wywołały u mnie odpowiedniej ekstazy. Gdzieś w tym wszystkim brakowało mi starego rzemieślnika. Tak było do wczoraj, do dnia, w którym obejrzałem „Gone Girl”.
Bazująca na powieści Gillian Flynn historia, zdaje się nas przestrzegać przed dwoma rzeczami. Po pierwsze przed siłą współczesnych mediów, które mogą z kata zrobić ofiarę, a z niewinnej osoby mordercę, a po drugie przed naszymi bliskimi, którzy często mogą być zupełnie innymi osobami, niż nam się wydaje.
Fincher kocha długie metraże, im dłuższa opowieść, tym więcej może on zmieścić treści. Wątki się nawarstwiają, pojawiają postacie, które czasem mylnie wnoszą nowe dowody, mające na celu wyprowadzenie nas w pole. Gdy minie pierwsze kilkanaście minut filmu, wiele rzeczy jest dla nas nie zrozumiałych. Tak właśnie wygląda bajanie na temat małżeństwa Nicka i Amy Dunne. Wszystko zaczyna się jak pięknej bajce. Ona na przyjęciu, on ją podrywa, później wspólnie spędzają wieczór i tak zaczyna się opowieść o miłości. Po pewnym czasie oświadczyny, a na koniec ślub. Niestety, czasem los płata figle i tak też jest w tym przypadku. Problemy finansowe rodziców Amy oraz zdrowotne matki Nicka sprawiają, że para przenosi się z Nowego Jorku do rodzinnej miejscowości mężczyzny.
Małżeństwo tej pary nie ma nic wspólnego, z tym, co łączyło ich na początku. Wypalenie jest dobrym słowem, by opisać to, co dzieje się w ich domu. Nic jednak nie przygotowało ich na wydarzenia, które mają miejsce dniu ich piątej rocznicy zaślubin. Tego dnia bowiem Amy znika. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w domu widać drobne ślady walki. Widząc, że coś jest nie tak, mężczyzna postanawia zadzwonić na policję. Po pewnym czasie na miejsce przyjeżdża detektyw Rhonda Boney. Tak zaczyna się poszukiwanie dziewczyny.
Ciężko powiedzieć, kto tak naprawdę jest kim w całej układance. Wydaje się nam, że zaczynamy współczuć zasmuconemu mężowi, a za chwilę na jaw wychodzą fakty, które robią z niego bydlaka. Już mamy go skreślić i za chwilę okazuje się, że jednak nie jest takim złym facetem. Fincher wraz z Gillian Flynn postanawiają się nami zabawić. Niby wszystko podane jest na tacy, a za każdym razem, gdy domyślamy się, jakie będzie rozwiązanie, okazuje się, że znów jesteśmy wodzeni za nos.
Nie można także mówić, że dziełu temu brakuje klimatu. O nie, jest ono odpowiednio naładowane emocjami, jest mroczne, a nie w takim stopniu jak „Siedem” – tu mamy trochę inny rodzaj „mroku”. Dodatkowo całość dopełnia muzyka duetu Reznor/Ross, który to ostatnio współpracuje z Fincherem przy każdym filmie. Dla mnie to dodatkowy plus, bowiem Trent wraz z Atticusem tworzą naprawdę wyjątkowy kompozytorski duet.
„Gone Girl” to naprawdę duży powrót Finchera na filmowe wody. To ponad dwie godziny wykwintnej i wysublimowanej gry z zaciekawionym widzem. Jednym słowem – warto!
ONA:
Wiecie za co kocham kino? Za emocje. Za uczucia, których najpewniej nigdy nie poznam, za sytuacje, w których nigdy się nie znajdę. Niezależnie, czy to komedia, która pozwoli zapomnieć mi o codzienności, czy obyczaj, który poruszy wrażliwe miejsca, albo horror, który przerazi, czy dramat, po którym już nic nie będzie takie, jak do tej pory. Jeden wyraz, 6 liter. Emocje! Uwielbiam wchodzić w historię, którą mogę przeżywać dzięki twórcom. Uwielbiam zapadać się w nią i myśleć o niej jeszcze długi czas po seansie. Jeśli i Ty to lubisz, to z pewnością mogę polecić Ci film, który będziesz przeżywać aż do samych napisów końcowych i jeszcze długo po nich…
David Fincher to pan od „Obcy 3”, od „Siedem”, od „Podziemnego kręgu” i od „Azylu”. Nakręcił też „Ciekawy przypadek Benjamia Buttona” oraz historię twórcy Facebooka. Wziął na siebie stworzenie ekranizacji popularnej trylogii Stiega Larssona, a w tym roku wypuścił kolejne dzieło, obok którego nie można przejść obojetnie. „Zaginiona dziewczyna” to nie tylko film, w którym Ben Affleck się obnaża, doprowadzając rzesze fanek do spazmów z radości, ale to też film, który trzyma Cię za gardło przez dupę. Jesteś pieprzoną pacynką i nie masz wpływu na to, gdzie rzuci Cię fabuła. Próbujesz przechytrzyć twórców i rozplątać tajemnicę, i kiedy już wydaje Ci się, że jesteś o krok od poznania prawdy – jeb. Możesz zacząć od nowa.
Nick i Amy Dunne (Ben Affleck i Rosamund Pike) są przykładnym małżeństwem. Wydawać by się mogło, że pasują do siebie idealnie. Jest chemia, jest miłość, jest podobny plan na życie. I wtedy ona znika. Nick po prostu wraca do domu, w którym jej już nie ma. Rozwalony stolik, przewrócone meble, kilka dziwnych śladów. Policjanci przystępują do dochodzenia. Wkrótce całe miasteczko zaczyna żyć tajemniczym zaginięciem kobiety, a im głębiej postępuje dochodzenie, tym mocniej wychodzą na świat pełne brzydkie rzeczy… Na przykład to, że Nick miał kochankę, że zwiększył żonie polisę ubezpieczeniową i według tego, co zeznała najlepsza przyjaciółka Amy – ponoć był porywczy… W tym momencie pewnie masz gotową receptę na tę historię… Ale nie ma w niej niczego oczywistego…
„Zaginiona dziewczyna” psuje głowę. Intryga jest tak misternie utkana, że nie dość, że wodzi nas cynicznie za nos, to nawet w kryzysowych momentach i tak daje radę. Ten film bez wątpienia wchodzi w mój najulubieńszy gatunek, jakim jest „kino zaskakujące”. Fabuła jest genialna, bardzo misternie opowiedziana i z wieloma elementami, które sprawiają, że przecieramy oczy z wrażenia. Jest świetnie zagrany. Affleck jako mężuś z tajemnicą, Pike jako posągowa księżniczka, Neil Patrick Harris jako lekki psycholek, a Tyler Perry jako adwokat, który uwielbia takie popieprzone historie. Do tego mamy świetną muzykę w tle i narastające poczucie, że ktoś nas tu nieźle dyma. Niby wszystko jest proste, wręcz banalne. Wydajemy wyrok dość szybko. Uwiedzeni jesteśmy spokojnym, perfekcyjnym życiem pary, które inaczej wyglądało kiedyś, a inaczej teraz. Widzę w tym filmie dużo Hitchcocka, a i przy okazji bolesnego obnażenia tego, jak działa opinia publiczna.
Dla mnie to jeden z bardziej zaskakujących filmów tego roku. Nie jest aż tak mistrzowski jak „Siedem” czy „Fight club”, ale nadal – to bardzo wysoka półka. Bez wątpienia to film, o którym warto mówić i którego warto polecać. Mnie powalił na kolana!
