ONA:

Mój gust filmowy jest specyficzny. Podejrzewam, że to dlatego, iż pewne filmy obejrzałam zbyt wcześnie. Moja głowa była zbyt młoda, umysł zbyt dziecinny. Rówieśnicy byli na poziomie bajek Disney’a, a ja oglądałam dzieła takie jak „Pulp Fiction”. Od tego czasu w kinie szukam przede wszystkim akcji i zaskoczeń. Uwielbiam, gdy twórcy wodzą mnie za nos, palą mosty i doprowadzają do całkowitego skołowania moich myśli. Ponadto szaleję, wprost przepadam za „wielowymiarowymi” fabułami. Słowa pieszczą głowę, a zmysły kwiczą z radości, gdy to, co widzę, co słucham, jest po prostu dobrym, ba – rewelacyjnym materiałem. Po co o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że dziś zrecenzujemy jeden z TYCH filmów, który popsuł mnie na całego. Obejrzałam go mając 11, może 12 lat. Już wtedy przepadałam za Quentinem, a w filmach szukałam przede wszystkim epickiej rozpierduchy… Dla mnie dzieło, które wyreżyserował Robert Rodriguez, który oparty jest na scenariuszu Tarantino, to najlepszy film z wampirami w rolach głównych. To dzieło jest synonimem hedonizmu, wiecznych dionizji, ten film to metafora grzechu, przyjemności i zła. Moi drodzy – dziś „Od zmierzchu do świtu”.

Bracia Gecko – Seth (George Clooney) i Richard (Quentin Tarantino) po kolejnym napadzie postanawiają rozpuścić się jak przysłowiowy cukier w gorącej herbacie. Mają kasę, mają „kontakt”, jedyne co muszą, to dostać się za meksykańską granicę. Tam, z ich funduszami, które właśnie zajumali z banku, będą mogli do końca życia raczyć się tequilą i klepać Meksykanki po tyłkach. Niestety, sprawy się komplikują… Zawsze muszą się w pewnym momencie skomplikować… I wtedy pojawia się urocza jak z obrazka, rodzina Fullerów. Jacob (Harvey Keitel) niegdyś był pastorem, ale po śmierci żony przeżywa kryzys. Razem z dziećmi chce odpocząć, więc ruszyli oni przed siebie. Kate (Juliette Lewis) i Scott (Ernest Liu) razem z tatuśkiem zapakowali się do kampera i  wtedy „wpadają” w sidła braci, którym pali się ogon. Jacob nie chcąc ryzykować, postanawia im pomóc. Właściwie nie ma wyjścia. W Meksyku ich drogi mają się bezpowrotnie rozejść. Co prawda po drodze był lekki stres na granicy, ale gdy tylko pojawili się na suchej, meksykańskiej ziemi, Seth zaprasza całą ekipę na melanż życia. Dosłownie. Na totalnym zadupiu zatrzymują się w dość specyficznym barze… Jest to dziwna „knajpa”, ale załóżmy, że po drodze mogli wiele takich spotkać. Tylko nie każda taka tanc buda jest „świątynią”, w której królują wygłodniałe wampiry, robiąc sobie ucztę z kolejnych kierowców i motocyklistów. Gdy tylko spadła pierwsza kropla krwi, a bestie ją wyczuły, zacznie się pojedynek pomiędzy tymi, co jeszcze żyją, a tymi, którzy pragną wgryźć się w ciepłe organizmy i wchłonąć czerwoną, życiodajną maź prosto z żył…

Dla mnie „Od zmierzchu do świtu” to kino genialne. Perfekcyjne, mimo wielu błędów i niedoróbek, z rewelacyjną fabułą i wieloma zaskoczeniami. Ten film nie bierze jeńców. Jest wulgarny i obrzydliwy. Kpi z kultury (co wiemy na temat wampirów), z religii (woda święcona w prezerwatywach), z norm społecznych, ale widzowi daje pokaz sztuki z najwyższej półki. Ta produkcja musiała być wulgarna i obrzydliwa. Musiała broczyć chamstwem, musiała być ciężka i krwawa, chociaż wampiry miały krew zieloną, inaczej podejrzewam, dzieło dostałoby kategorię 21+. Uwielbiam to dzieło i dla mnie ono jest kompletne. Już zostawię słowa i reżyserię. Tarantino i Rodriguez to duet tak zajebisty, że nie trzeba kolejnych liter, by to potwierdzić. Zakochana jestem totalnie w obsadzie. Clooney mógł zerwać z wizerunkiem słodkiego doktora, który przyległ do niego na długo przez „Ostry dyżur” – tu jest skurwielem pierwszej klasy. Keitel jako pastor z kryzysem wiary, ale ciągle z mocnymi moralnymi zasadami, jest genialny. Tylko on potrafi przegadać Sethowi do rozumu i jest tu taką ostoją „prawości”, w tym zepsutym garze. Idźmy dalej – Salma Hayek. Ona ma tu bardzo małą rolę. Rólkę właściwie. Ale jaką! Jest jak biblijna Ewa, która kusi razem z wężem. Jest grzechem, jest pożądaniem, jest potęgą i władzą, która okryta jest całkiem apetyczną powierzchownością. Kto dalej? Danny Trejo i jego zakazana morda. Cheech Martin w potrójnej roli zalicza w tym filmie klasyka – jego monolog o cipkach to jedna z najlepszych scen w tym dziele. Fred Williamson i Tom Savini też mieli pole do popisu. Ale i tak wszystko zgarnia Quentin, który zarówno za kamerą, jak i przy pisaniu scenariuszy oraz w obsadzie jest po prostu zajebiście perfekcyjny. Jego bohater jest świrem, jest nieobliczalnym, wkurzającym psycholem. Ale prędzej czy później zaczynasz czuć dyskomfort przez niego. Może nie do końca on „przeraża”, ile „zagraża”. Swoją niepoczytalnością.

Świetny scenariusz, świetna reżyseria, świetna obsada. Do tego kapitalna scenografia, muzyka, charakteryzacja i „efekty”. Dużo grzechu, dużo zmysłowości, dużo dobrej zabawy, która zmieni się w kolację, składającą się z wielu ludzi.

ON:

Dla mnie archetypem wampira jest chyba Hrabia Dracula z kart powieści Brama Stokera. Emanuje od niego groza, jest hedonistyczny, a przede wszystkim morderczy. Postać wampira pojawia się w ogromnej ilości książek i filmów. Mamy Lestata, wykreowanego przez Anne Rice, która to w „Wywiadzie z Wampirem” skupiła się na ludzkiej stronie bycia wampirem. Na utracie człowieczeństwa i wiecznym cierpieniu. Na karty komiksów zawitał Blade, a nastolatki mogą poczytać o mimozie, zwanej Edward Cullen. Każdy z tych wampirów jest inny, każdy specyficzny, ale nie możemy zapominać o jeszcze jednym dziele, w którym wampiry odgrywają znaczącą rolę, jest to „Od zmierzchu do świtu” w reżyserii Roberta Rodrigueza.

Scenariusz tego dość brutalnego filmu wyszedł spod ręki Quentina Tarantino, a główną rolę powierzono fenomenalnemu Clooney’owi. Obraz dość szybko stał się jedną z bardziej docenionych przez fanów rzeźni, wypełnionej juchą i wampirami.

Film zaczyna się słynną sceną w sklepie o wspaniałej nazwie “Świat alkoholi Benniego”. Tutaj właśnie przyjeżdża szeryf by kupić flaszkę na wieczór i przy okazji pogadać chwilę ze sprzedawcą Petem. Wylewa wszystkie swoje żale na żarcie z grilla, na to że struł się jak kot i, że właścicielka lokalu powinna sprzedać swojego syna mongoła do cyrku, a nie stawiać go przy ruszcie. W tym samym sklepie jest ktoś jeszcze. Mowa o dwójce szurniętych braci Gecko, którzy ukrywają się przed policją stanową i chcą uciec do mekki dla złodziei. Aby to zrobić muszą uniknąć złapania, przejechać przez granicę z Meksykiem i odwiedzić bar Titty Twister, gdzie spotkają się z niejakim Carlosem. Niestety, w sklepie nie wszystko idzie zgodnie z planem. Opuszczając lokal bracia Gecko zostawiają za sobą dwa trupy oraz smugę czarnego dymu. Zasada “nie wychylać się” nie zawsze się sprawdza. Teraz największym problemem jest przekroczenie granicy. W przydrożnym motelu bardziej ogarnięty Seth Gecko wpada na Jackoba Fullera, który podróżuje wraz z dwójką dzieciaków. Pewnie nie zwróciłby on na siebie uwagi Setha, gdyby nie wielki wóz campingowy, który idealnie nada się do przemytu dwójki uciekinierów przez granicę. Tak zaczyna się ich wspólna podróż na południe. Po drodze wychodzi na jaw wiele rzeczy, między innymi to, że Fuller jest księdzem mającym kryzys wiary, a bar Titty Twister nie jest do końca tym, czym się wydaje.

„Od zmierzchu do świtu” jest mieszanką gore-horroru, czarnej komedii i kina akcji. Wszystko to jest tutaj idealnie wymieszane i jeszcze lepiej podane. Clooney zagrał fenomenalnie, Tarantino zresztą też, Harvey Keitel ma także całkiem ciekawy epizod, wcielając się w rolę księdza z rozterkami. Jest tu trochę gadania, trochę strzelania i jeszcze więcej kołkowania, czyli wszystko to, co powinno znaleźć się w dobrym filmie ze stajni Roberta Rodrigueza.