ONA:

„Miś” w reżyserii Stanisława Barei to film, dzięki któremu zdałam egzamin na prawo jazdy. Jakkolwiek durnie to nie brzmi – tak właśnie było. Czekałam na mój czwarty egzamin, za oknem szalała sroga zima, a do tego wszystkiego na studiach jeden z profesorów nie chciał mi odpuścić tego dnia, w którym miałam zamiar zostać kierowcą. Kombo kupa, nie wspominając o tym, że poziom zestresowania graniczył z wszelkimi normami. Ja już musiałam mieć to prawko. Potrzebowałam go żeby połączyć studia i pracę. Potrzebowałam go, żeby być niezależną. Moje własne oczekiwania, topniejąca kupka pieniędzy „na prawko” i gargantuiczne dawki stresu i strachu przed kolejnym egzaminem sprawiały, że wiara w sukces leżała i kwiczała. Do egzaminu miałam dzień. I zupełnie przypadkiem  w czytniku pojawił się „Miś”. Możecie mi nie wierzyć, ale tego dnia obejrzałam ten film tego dnia 4 albo 5 razy. Byłam tak zrelaksowana, tak odmóżdżona, było mi tak błogo, że dzień później, 13 lutego (w piątek, oczywiście) – zdałam egzamin i dołączyłam do grona kierowców. Tak, „Miś” sprawił, że spełniłam marzenie.

Co prawda przyszło mi urodzić się jeszcze w komunie, ale zupełnie nic z tamtych czasów nie pamiętam: ani kolejek, ani kartek, ani pustych półek. Pamiętam za to czeskie jarmilki, w których chodziłam, bo niczego innego nie było. Opowieści o tamtych durnych czasach znam jedynie z historii, które przedstawili mi rodzice czy dziadkowie. Szczerze powiedziawszy – ciężko było mi sobie nawet wyobrazić, że kiedyś właśnie tak było… I właśnie „Miś”, a nie podania najbliższych, utwierdził mnie w przekonaniu, że faktycznie – to były absurdalne czasy, w którym w kiosku sprzedawano mięso. Czy jest wśród nas ktoś, kto tego kultowego dzieła nie widział? A nawet – ja i tak uważam, że powinno się go oglądać często, bo to nie tylko kawał rewelacyjnego, bardzo mądrego kina, ale i dowód na to, że teraz naprawdę nie mamy na co narzekać…

Ryszard Ochódzki (Stanisław Tym) jest prezesem klubu sportowego „Tęcza”. Koleś jest kuty na cztery kopyta i zawsze jest o krok przed resztą. Kombinuje bardzo dobrze, dorabia się, jest bystry i ma mnóstwo znajomych, na plecach których gna. Wydawać by się mogło, że nikt ani nic nie jest w stanie go przechytrzyć, a tu skucha. Tą jedną, jedyną, która zakpiła z Rysia, była jego była żona – Irena. Co zrobiła? Ano postanowiła opędzlować ich wspólne, londyńskie konto. Ryś musi ją jakoś powstrzymać! Żeby to zrobić – raz a dobrze, nakręca spiralę dziwnych wydarzeń i okoliczności. W całą akcję wplątanych jest mnóstwo osób: od reżysera filmowego, przez ambitną aktoreczkę, która za przeproszeniem „na dupie” pragnie zrobić karierę, po nieco głupkowatego faceta, zajmującego się „handlem” węglem i który zupełnie „przypadkowo” jest sobowtórem naszego Ryszarda. Pytane brzmi: czy Ryś zdąży przed byłą żoną?

„Miś” to kino absurdalne, przy czym ta absurdalność nie jest mierzona fantazją twórcy, a faktami. Oczywiście, wszystko co nieodłącznie powiązane było z komuną, zostało upchane w jednym filmie, co może dawać mylne wrażenie, że to dzieło nie ma wiele wspólnego z realnością, a tu guzik – nie zdziwiłabym się zupełnie, gdyby ta historia, te historie, miały naprawdę miejsce. Dla mnie „Miś” to nie tylko genialna fabuła, która mimo, że komediowa – trzyma w jakieś tam formie napięcia, ale też to produkcja, która jest jednym, wielkim dowcipem. Gorzkim, bo gorzkim, ale nawet po 5, 10 czy 30 seansie – bawi tak samo. Ja znam te gagi, te teksty, te kolejne sceny na pamięć, mogłabym je recytować ot, tak – a nadal potrafię rżeć do bólu brzucha. I właśnie, skoro przy tekstach jesteśmy, to moim zdaniem „Miś” jest numerem jeden, jeśli chodzi o użytkowe stosowanie ich w codziennym życiu.

„Miś” to klasyk. To obywatelski obowiązek i skarb narodowy. Dzień premiery tego filmu powinien być dniem wolnym od pracy, a TV powinna nadawać go wtedy non stop. „Miś” to kawał historii, ludzi, obyczajów, to fragment polityki, kultury, świadomości. „Miś” to absolutna metafora, którą Bareja zagrał na nosie ustrojowi. Kiedy sięgniecie po ten film, może po raz pierwszy, może po raz kolejny, to skupcie się na ostatniej scenie, gdy Ewa Bem zaczyna śpiewać. Ta „nowa, świecka tradycja”, która się narodziła, to jedynie fragment długiej, pięknej, choć burzliwej historii… Ta scena jest bardzo odważna i bardzo ważna. I jeśli film komediowy, satyryczny, nieco pastiszowy kończy się takim mocnym, refleksyjnym ciosem, to oznacza tylko jedno – że jest warty każdej chwili, którą się na niego poświęciło.

ON:

Stanisław Bareja stworzył kilka naprawdę kultowych filmów. Uznano je za wyjątkowe między innymi dlatego, że nie pieprzył się on z ówczesnym ustrojem, naśmiewał się z niego w sposób wyjątkowy i co najważniejsze -inteligentny. Dziś na marudzeniu jeden z najbardziej znanych filmów reżysera, a mianowicie „Miś”.

Ta upamiętniająca czasy PRL-u komedia, jest swoistą satyrą na to, co na codzeń widzieli ówcześni mieszkańcy kraju nad Wisłą. Gdy cofniemy się w czasie okazuje się, ze każdy cwaniakował jak tylko mógł, aby złączyć koniec z końcem i godziwie żyć. Oczywiście, jak to w życiu bywa, są równi i równiejsi, jedni kombinują mniej, a inni bardziej.

Głównym bohaterem tejże opowieści jest Ryszard Ochódzki, prezes klubu sportowego „Tęcza”. To mężczyzna, który wie jak się zakręcić i co zrobić, aby dobrze się żyło. Niestety, jego żona wie troszkę lepiej jak to zrobić i zostawia swojego mężusia kosztem starego pierdziela, który jednak ma pieniądze i koneksje. Aby nie było byłemu za łatwo, ukochana pozbawia go kilku stron w paszporcie, aby ten nie mógł opuścić rodzimego, kochanego kraju. Dlaczego posuwa się do takiego czynu? Bowiem wspólnie mają założone konto w londyńskim banku, na którym znajduje się trochę banknotów z brytyjską królową.

Jakby nie patrzeć facet został udupiony. W tamtych czasach zdobycie paszportu graniczyło z cudem, bo załatwienie czegokolwiek wiązało się z kombinacjami, łapówkami i znajomościami. Film Barei to satyra, prześmiewcze dzieło wymierzające policzek ustrojowi, który nie miał prawa nigdy istnieć, a jednak istniał i co najgorsze – miał się dobrze. Zbiór absurdów mogą zrozumieć tylko ci, którzy choć trochę te czasy pamiętają. PRL bowiem to lata, w których mięso sprzedawało się spod lady, wymyślało się teorie do każdego wydarzenia, na lotnisku kupowano bilety na nieaktualne samoloty, a kiełbasa podwawelska otwierała drzwi do wielu miejsc.

Reżyser zaczyna opowieść, która krąży wokół absurdu i absurdami jest poganiania. Dość powiedzieć, że w „Misiu” jest ogrom wymyślonej symboliki, którą karmiła się ówczesna propaganda. Jest ona wyśmiana i podkoloryzowana, właśnie po to, aby pokazać popierdolenie PRL-u. Oglądając dziś „Misia” śmieje się do łez, bowiem wiem, co działo się w latach, o których opowiada to dzieło. Śmieje się teraz, ale te 30 lat temu, nasi rodzice i dziadkowie zastanawiali się gdzie idziemy i czy droga, którą podąża tamta władza, jest dobra i na pewno słuszna i jedyna. Wmawiano nam, że dolar to zło, zły jest amerykański sen, a najważniejsze, że nie ma takiego miasta jak Londyn, ale za to jest Lądek.

Film Barei to klasyk, ba to klasyka klasyki. Nie ma chyba osoby, która nie zna tej produkcji. Oczywiście ,aby ją choć trochę pamiętać i zrozumieć należy jedną nogą stać w pierwszej połowie lat 80-tych ubiegłego stulecia. To utwór ważny i bardzo odważny, starający przemycić w swojej opowieści krytykę ustroju. Warto.