ON:

Nowy Jork końca lat 80-tych. Trochę brudny, trochę zatłoczony i bardzo skorumpowany. W łapę biorą urzędnicy z ratusza, w łapę bierze policja. Jedni dlatego, że po prostu brak im na życie, inni – bo chcą mieć więcej kasy. W tej rzeczywistości ciężko się odnaleźć, szczególnie gliniarzowi po rozwodzie, z dzieciakami i kredytem na głowie. Takim policjantem jest Nick Conklin. Facet jest świetny w tym co robi, ale pomimo tego wydział wewnętrzny zaczyna dobierać mu się do dupy. Dlaczego? Bo ktoś powiedział, że Nick także bierze kasę od przestępców. Ile w tym prawdy? To wie tylko sam policjant.

Tak w dużym skrócie możemy opisać początek „Black Rain” w reżyserii Ridley’a Scotta. To produkcja z 1989 roku, która idealnie wpasowuje się w ramy kina akcji początku lat 90-tych. Mamy niepokornego gliniarza, który na własną rękę stara się dopaść brutalnego przestępcę, terroryzującego półświatek. Dodatkowo w kinie tamtego okresu pojawia się wątek podróży i często amerykański bohater ląduje na azjatyckiej ziemi. Wystarczy tylko pogrzebać w filmotece i zobaczycie że miało to miejsce w „Rising Sun” czy „Double Impact”. Różnice kulturowe pozwalają na doprawienie historii pikantnymi, orientalnymi przyprawami. Tak jest w „Czarnym Deszczu”. Nick i jego partner Charlie Vincent muszą eskortować do Japonii groźnego, azjatyckiego gangstera Kogi Sato. Po przybyciu na miejsce trafiają na przeszkody, które spowodowane są wieloma czynnikami. Część z nich to po prostu różnice charakterów, zachowań i przepisów jakie obowiązują w obu krajach.

„Czerny deszcz” jest mroczny i plastyczny. Reżyser nie bawi się w specjalnie ubarwianie. Od pierwszych minut mówi wprost: „To kryminał”. Gdy w pewnej chwili na scenę wchodzi japoński policjant Masahiro Matsumoto możemy się spodziewać akcji w czystym azjatyckim stylu. Zamiast pistoletu mamy samurajskie miecze i ceremonię odcinania palców, mającą potwierdzić swoją lojalność wobec Yakuzy. Oczywiście, nie może zabraknąć ujęć żyjącego miasta, lokalnych straganów serwujących surową rybę i zupę ramen – te drobiazgi dopinają całość.

Dla mnie film jest klasykiem, który pamiętam jeszcze z czasów VHS i nawet po tylu latach się nie zestarzał. Douglas i Garcia bardzo dobrze uzupełniają się na planie, gdy w Japonii dołączy do nich Ken Takakura, to wspólnie tworzą trzygłowego kulturowego potwora, który każdy problem i każdą decyzję musi analizować z różnych, nie zawsze zgodnych punktów.

Brakuje mi tego typu kina, dobrej sensacyjnej opowieści. Jest ono inne niż „Heat” czy „Nico ponad prawem”, bliżej mu do tworów Kitano, niż amerykańskich reżyserów. „Czarny deszcz” jest filmem, który warto zobaczyć.

ONA:

Zanim jeszcze w naszych głowach pojawił się plan spędzenia tygodnia z braćmi Scott, a wierzcie mi – potrzebowałam tego typu kina na gwałt, między Marudami doszło do pewnego dialogu:

D: A widziałaś „Czarny deszcz” Scotta?

P: Ale jak to z kota?!

Cóż, proszę ode mnie nie wymagać, że będę miała w jednym palcu filmografię z lat 80tych, kiedy ja żyłam w nich jedynie 4 lata. Ale nadrabiam…

Rozpuszczony do granic możliwości Amerykanin w Japonii – to nie może być proste i oczywiste. Dodajmy, że ów Jankes typowym policjantem, z typowej sensacji z tamtego czasu i towarzyszy my drugi, trochę mniej „typowy”. A co robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Ano panowie podczas rutynowego patrolu widzą morderstwo. Nie byle jakie – to porachunki jakuzy. Zamieszany w sprawę Sato zostaje aresztowany i przetransportowany do Japonii. Eskortowali go oczywiście nasi główni bohaterowie. Na miejscu zamiast oddać go pod wymiar sprawiedliwości, przekazują kolesia przez pomyłkę jego przyjaciołom z mafijnego klanu. Oczywiście Sato z miejsca rozpuścił się jak cukier w kubku z gorącą herbatą, a gliniarze gdy zorientowali się jakiego fuckupa zapiczyli, postanawiają go odnaleźć za wszelką cenę. Pomaga im w tym japoński detektyw, a po drodze jeden z nich zginie tragicznie. Wtedy sprawa będzie dodatkowo honorowa, a gliniarz, któremu udało się przeżyć będzie nie tylko wkurwiony, ale również ambicjonalnie zdeterminowany, by pomścić swojego zawodowego partnera.

Ze Scottami jest tak, że mają problem z długością. Bo długość ma znaczenie. O ile w przypadku „Gladiatora” nie miałam problemu z łyknięciem takiego bydlaka na raz (dajcie spokój z tymi erotycznymi myślami!), tak „Czarny deszcz” uspał mnie 2 razy. Fakt, łącznie ominęło mnie z 10 minut filmu, a i tak wiedziałam kto, co i jak. Film nie jest zły, ale jest zdecydowanie zbyt długi. Nadrabia jednak kilkoma smaczkami. Klimat, który udało się wykreować ujmuje swoją autentycznością, a Michael Douglas w swojej roli jest fenomenalny. Lubię go takiego. Wkurwiony, agresywny, z niewyparzoną gębą i dziwnymi sposobami dochodzenia do prawdy. Strasznie fajne było zderzenie dwóch kultur, dwóch narodów i tradycji. No i muzyka! Hans Zimmer za pomocą dźwięków, charakterystycznych dla tych dwóch odległych miejsc, stworzył coś niesamowitego, coś co jest majstersztykiem i absolutną perłą wśród tego rodzaju muzyki.

„Czarny deszcz” to dzieło bardzo dualistyczne. Mamy często biegunowo różne wartości, charaktery, obyczaje, które zderzone ze sobą mają siłę wręcz wybuchową. To historia o przyjaźni i honorze, ale też o słodkiej zemście. Warto go obejrzeć, a najważniejsi twórcy tego dzieła, byli wówczas w szczytowej formie. To dobra, stara sensacja z dobrych czasów.