ON:
Trzeba przyznać, że wydawnictwo Mag rozpieszcza nas ilością oraz jakością wydawanych tytułów. Poza bardzo znanymi nazwiskami, jak Stephenson czy też Łukjanienko, przewijają się też te w Polsce mniej znane, takie jak Paul J. McAuley. To pisarz i botanik, który napisał kilka wybornych utworów, między innymi wyróżnione Nagrodą im. Philipa K. Dicka „Czterysta miliardów gwiazd”. Całe szczęście Wydawnictwo Mag postanowiło przybliżyć publikacje tegoż autora polskim czytelnikom. Na pierwszy strzał poszedł cykl „Cichej Wojny”.
Gdy jakiś czas temu otrzymałem do recenzji „Ogrody Słońca”, stwierdziłem, że czas najwyższy sięgnąć po pierwszy tom z serii i szybko zakupiłem „Cichą Wojnę”. To ona tak naprawdę rozpoczyna cykl o walce ludzi z ludźmi w bezkresnym kosmosie. Walce w imię zasad, często bezsensownych i utopijnych. Książka McAuley’a zalicza się do typowego core science-fiction. To gratka dla fanów ostrego, surowego sci-fi, przeplecionego elementami space-opery oraz political fiction.
W „Cichej Wojnie” Paul J. McAuley wybiega w daleką przyszłość, bo aż do XXIII wieku. Ziemia jest zdewastowana po licznych kataklizmach, spowodowanych zmianami klimatycznymi. Sytuacja nie jest komfortowa i następuje rozłam pomiędzy mieszkańcami planety. Część z nich postanawia odbudować zniszczony glob, a władzę przejmują potężne rody. Druga frakcja postanowiła opuścić planetę i wyruszyć w kosmos, to właśnie tam szukają swojego miejsca. Tych kosmicznych kolonistów nazwano Zewnętrznymi. Od pewnego czasu wspomina się o wojnie. Bratobójczej i nieuchronnej. Przygotujcie się na polityczną rozgrywkę pełną szpiegów, wrabiania niewinnych, zabójstw.
Po wydarzeniach opisanych w pierwszym tomie przychodzi czas na kontynuację, którą są wspomniane wcześniej „Ogrody Słońca”. McAuley ciągnie wcześniejsze wątki, ale dodaje także nowe, które mają nas przygotować na tom trzeci. Okazuje się, że po wojnie nie ma już śladu, ale niestety nie przyniosła ona takich rezultatów, których oczekiwali by wszyscy. Zewnętrzni zostali wycięci praktycznie co do nogi, a pojedyncze niedobitki kolonistów uciekły w głąb kosmosu. To jednak nic. Ziemska koalicja składająca się z Wielkiej Brazylii, Unii Europejskiej i Wspólnoty Pacyficznej, dość szybko zaczyna mieć własne wewnętrzne konflikty, które mogą doprowadzić do rozłamu. Każdy przecież dąży do realizacji swoich interesów i tylko w chwili, gdy trzeba było walczyć z jednym wspólnym wrogiem sojusz miał jakikolwiek sens. Znów mówi się o wojnie…
Ponieważ mamy do czynienia z dość dużą ilością wątków pociągniętych z „Cichej Wojny”, autor stara się nam przypomnieć większość z nich w odpowiednich momentach. Nie musimy więc się obawiać, że czegoś zapomnimy lub po prostu przegapimy. Inną sprawa to to, że Paul J. McAuley ukochuje się w „podręcznikowych” wręcz opisach. Widać to praktycznie przy każdym z księżyców Układu Zewnętrznego oraz w wielu innych momentach. Z jednej strony to zrozumiałe, że autor chce uwiarygodnić swój świat, ale czasem to po prostu męczy. To jednak drobiazg, bowiem za tym talentem „malarskim” tworzenia słownych pejzaży, ukryty jest jeszcze jeden bardzo dobrze widoczny w „Cichej Wojnie”, a mianowicie budowanie wielopoziomowych, wysublimowanych intryg. Pojawią się znów dobrze znane stronnictwa oraz postacie, pojawią się ci dobrzy, jaki i ci źli gracze. I chociaż ciężko utożsamiać się z którymś z bohaterów, to często złapiemy się na tym, że dopingujemy komuś, kto zdobył naszą sympatię. Więc nawet najgorsze szelmy mogą mieć fanów.
„Ogrody Słońca” trzymają poziom poprzedniczki. To nadal gruba księga z gatunku hard science-fiction, przepełniona intrygami i rozgrywkami, które nie dzieją się na średniowiecznych dworach, a w dalekiej przyszłości pełnej wzajemnej nienawiści. To naprawdę dobra książka, ale trzeba czytać ją w ciszy i spokoju, by móc skupić się na wszystkich wątkach i czerpać z niej pełnymi garściami.
