ON:
Alternatywne historie to domena pisarzy SF. Lubują się oni w opowiadaniach i książkach „Co by było gdyby? To w nich rozprawiają się z wojnami, przewrotami i rebeliami, w nich zobaczymy wszystko z drugiej strony. Jest inaczej niż uczy nas historia. Podobnie jest w najnowsze odsłonie serii Wolfenstein.
Wyobraźcie sobie, że w 1946 roku II Wojna Światowa trwa w najlepsze. Alianci dostają łomot i to dość poważnie. Wszystko dlatego, że III Rzesza posiada niesamowicie rozwiniętą technologię. Jedynym ratunkiem ma być wysłanie B.J Blazkowicza na samobójczą misję. Wraz z grupą aliantów musi wedrzeć się w grube mury twierdzy, w której stacjonuje Trupia Główka – głównodowodzący armii niemieckiej. Blaz, pomimo tego, że jest twardzielem, dostaje łomot. Z poważnymi ranami głowy ląduje w szpitalu, gdzie opiekuje się nim polska pielęgniarka. Problemem jest to, że B.J jest jarzyną. Z twardziela stał się nic nie znaczącym wrakiem człowieka. Wszystko przez to, co wydarzyło się w twierdzy. Tam na jego oczach działy się rzeczy, których wolałby nigdy nie zobaczyć.
Mija 16 lat. Tyle Blaz przesiedział w szpitalnym kaftanie. W 1960 roku Niemcy rządzą światem. Robią co im się podoba, a technologia, jaką posiadają sprawia, że wszyscy trzęsą portkami. USA się poddało, ruch oporu został wyłapany lub wybity do nogi. Nie ma już niczego. Pewnego dnia w szpitalu pojawia się grupa nazistów, którzy mają rozkaz zamknąć oddział, ale nie spodziewają się oporu lekarzy i pielęgniarek. Kończy się to ostrą jatką personelu oraz pacjentów. B.J pewnie skończyłby jak wszyscy, gdyby nie to, że gdzieś z tyłu głowy pojawił się impuls. Leżący na stole nóż jest jedyną bronią. W jego rękach zabójczą. Zaczyna się walka o życie własne i zabranej przez Niemców Anny. Gdy uda nam się opuścić szpital dowiadujemy się wszystkiego na temat wojny i obecnego stanu rzeczy. Blazkowicz stwierdza, że po raz ostatni zawalczy o wolność.
Za grę odpowiada studio MachineGames, ale nie można mówić o nich jak o debiutantach. Duża część ekipy to pracownicy Starbreeze, znanego między innymi z „Kronik Riddicka”. Z jednej strony produkcja jest ukłonem dla pierwowzoru, z drugiej – ma w sobie coś z „Return to Castle Wolfenstein”, a tak naprawdę jest zupełnie nową produkcją. Świetnym odświeżeniem serii.
Dużo tutaj strzelania, ale i zabijania po cichaczu. Jak w pierwowzorze możemy zajadać się psim żarciem, aby wzmocnić naszą postać, zbieramy ukryte złoto i artefakty. Blaz może jednak skakać, wykonywać wślizgi, miotać granatami, zabijać z ukrycia, np. rzucając nożami. O dziwo nie mamy do czynienia z bezsensowną sieką. Ta gra naprawdę ma fabułę i jest ona całkiem zjadliwa. Nie ma tutaj zbędnego patosu. Wszystko jest wyważone. Dzięki temu historia nie stoi na drugim planie, co często zdarza się w przypadku FPS-ów.
Graficznie i dźwiękowo nie ma się do czego przyczepić. Nawet na Xbox 360 gra wygląda bardzo dobrze. Możliwe, że dlatego, iż zajmuje cztery krążki DVD, a na dysku potrzebuje 8GB wolnego miejsca na tekstury i inne rzeczy.
Powrót Blazkowcza jest naprawdę świetnym shooterem, który łamie pewne schematy i wprowadza rozwiązania, których próżno szukać w innych grach. Jeśli macie około 10h wolnego, to spokojnie możecie odpalać konsole.
