ON:

Jakiś czas temu mama zagadała przy porannej kawie, iż widziała taki film z Madonną, że aż musiała przełączyć, bo cały czas się pieprzyli. Jakoś nie mogłem sobie przypomnieć niczego takiego w dorobku Madonny, ale szczerze powiedziawszy poza „Evitą”, „Czterema pokojami”, „Who’s that girl” – raczej nie pamiętałem jej w innych filmach. Oczywiście, mogę wymienić jeszcze „Dicka Tracy” oraz „Brooklyn Boogie”, ale to nadal nic erotycznego. Z relacji teścióweczki wynikało, że cycki Madonny zasłaniają 3/4 ekranu przez 70% seansu. Ciekawe.

Okazuje się, że w 1993 roku pani M. rozebrała się do słabiutkiego jak cienki barszczyk z torebki na stancji studenckiej filmiku. Mowa o „Body of evidence”. Fabuła w tym obrazie jest prosta jak kijek od miotły. Rebecca Carlson (Madonna) jest młodą atrakcyjną kobietą. Tyle, że śmierć jej mężczyzny miała miejsce kilka dni temu, a jej przyczyny i cała otoczka jest dość tajemnicza. Wszystko wydaje się zagmatwane do tego stopnia, że kobieta zostaje oskarżona o morderstwo swojego partnera. Jak to przeważnie bywa z takimi przerażonymi i bezbronnymi kobietkami – szukają pomocy u twardych i stanowczych facetów. Tym razem trafia na Franka Dulaney’a (Willem Dafoe). Uparty prawnik nie wierzy w jej winę i stara doprowadzić się jej zwolnienia.

No i zaczyna się rozgrywka. Rebecca to jednak nie taka grzeczna dziewczynka jakby sie wydawało. Poza świetną grą ma jeszcze jeden atut: młode i zgrabne ciało, które działa na mężczyzn. Okazuje się, że kobiece uda są bronią groźniejszą, niż karabin maszynowy. Owinięty w macki żądzy Frank dość długo się trzyma, ale wreszcie dochodzi do momentu, w którym to nie mózg, ale jego członek zaczyna przejmować kontrolę. Kolejne zabawy są coraz to bardziej wyuzdane, a on sam staje się niewolnikiem z klapkami na oczach. Gdy zdaje sobie sprawę z tego, gdzie się znalazł jest już za późno.

Za reżyserię odpowiada niejaki Uli Udel, który raczej znany jest z produkcji telewizyjnych. Podobnie jest z Bradem Mirmanem, scenarzystą tegoż gniecucha. Film w 1994 roku został nominowany do Złotej Maliny, ale przegrał z „Niemoralną propozycją”.

„Body of evidence” to wspaniałe dialogi: „Nigdy nie byłem w takim domu”, “No to teraz już jesteś”, fenomenalna gra aktorska, przypominająca jarmarczne przedstawienia oraz intryga, której nie można zapomnieć.

Plusy? Chyba jeden nagie cało młodej Madonny, bo trzeba przyznać, że miała się czym dziewczyna pochwalić. No chyba, że w rozbieranych scenach zastępowała ją dublerka, ale wtedy też jest na czym oko zawiesić. Jeśli jednak wolicie zobaczyć samą goliznę, to lepiej włącznie Pornhuba, a nie traćcie 102 minut na ten film.

ONA:

„Ale film wczoraj widziałam!” – powiedziała mi mama i patrząc na wypieki na jej twarzy, które się pojawiły momentalnie, moja ciekawość była mile połechtana. Otóż w filmie chodzi o morderstwo, tajemniczą kobietę i dochodzenie. Zapytałam, czy to „Nagi instynkt” był, ale ponoć nie… No i mama zaczęłam mi opowiadać fabułę.

Ona – bardzo seksowna, uwodzicielska blondynka, która lubi seks i wcale się z tym nie kryje, aktualnie oskarżona o morderstwo (na pewno nie był to „Nagi instynkt?”). On – mężczyzna, który został wciągnięty w lawinę dziwnych wydarzeń i dochodzenia, w którym już nic nie jest takie oczywiste, jakby mogło się wydawać (nie no, mamo, to musi być „Nagi instynkt”!). Tylko potem się okazało, że ona to Madonna, więc to już na pewno nie był „Nagi instynkt”. Jestem już po seansie tego dzieła i muszę przyznać, że koło filmu Paula Verhoevena to on nawet nie leżał. Ot, thriller erotyczny, w którym jest jakaś tam intryga i sporo zbliżeń na cycki.

Rebecca (Madonna) oskarżona jest o zabicie swojego kochanka. Wygląda na to, że to ona wykończyła starszego, zamożnego pana, z problemami sercowymi. Niby twierdzi, że bardzo go kochała, ale nikt jej nie wierzy. Wszystko wskazuje na to, że to faktycznie ona zabiła dziadeczka podczas jakiegoś niewyobrażalnie dobrego aktu seksualnego. A potem wychodzi na jaw, że kochanek umieścił ją w testamencie, pozostawiając jej 8 dużych baniek. Teraz to już ewidentnie sprawa śmierdzi. Obroną kobiety zajmuje się Frank (Willem Dafoe). Początkowo nieco ostrożnie przygląda się swojej klientce i szczerze powiedziawszy – nie ufa jej za bardzo. Ale dość szybko zaczyna owijać się wokół jej palca i zostają kochankami… A tymczasem trwa proces, podczas którego wychodzi wiele smrodków. Z każdym kolejnym świadkiem i zeznaniem, coraz bardziej plącze się cała tajemnica.

Przyznam szczerze, że pomimo żałosnego wykonania, ten film nawet wciąga. Ma całkiem intrygującą fabułę, która trzyma za pysk i to właściwie jedyna zaleta. Bardzo dziwi mnie obecność Dafoe’a w tak nędznej produkcji, za to Madonna pasuje do tej roli idealnie. Poza tym, kto, poza nią, odważyłby się na takie ujęcia. Zresztą, ustalmy coś – ona jako „aktorka” i tak ma niewiele do stracenia.

Film „się ogląda”, ale to dzieło na raz. Wymieszanie morderstwa z seksem to temat „chwytliwy”, ale nie wszystkim wychodzi on dobrze.