ON:

Jest kilka tytułów na konsole, które uważam za dzieła wybitne. Nie jest tak, że wszystkie dopieszczone są w każdym calu, czasem brak im ostatecznych szlifów, ale kolejne godziny spędzone przy tych grach potwierdzają, jak cholernie dobrą mają grywalność. No właśnie grywalność to takie coś, o czym zapominają współcześni twórcy. Jedną z takich perełek jest opisywany kiedyś przeze mnie „Mirror’s Edge”, tytuł mający strasznie spłyconą i przewidywalną historię, ale wszystko inne, zaczynając na mechanice, a na muzyce kończąc, jest wprost idealne. No może poza cholernie wywindowanym poziomem trudności time triali… eh.

Soundtrack z „Mirror’s Edge” zasługuje na oddzielny wpis, bowiem jest to maleńka perełka, która wyszła spod ręki Magnusa Birgerssona, szerzej znanego jako Solar Fields. Mężczyzna od początku swojej działalności muzycznej związany jest z Ultimae Records, wytwórnią będącą marzeniem każdego ambientowca. O twórcy tym można napisać wiele, ale najważniejsze jest to, że odnalazł się w idealnie w takich gatunkach muzycznych jak: IDM, ambient, downtempo, czy psybient, to artysta muzycznych pejzaży, kosmicznych, działających na świadomość podróży, potrafiących zrelaksować, ale i przerazić. Znajdziemy tu albumy opowiadające historie, dziejące się gdzieś tam na górze, ponad powierzchnią naszej planety, gdzie człowiek zdany jest jedynie na siebie, a każdy błąd to szybka i brutalna śmierć. To płyty idealne na nocne projekty, gdy ciche dźwięki dochodzące ze słuchawek powodują, iż po plecach przechodzą nam dreszcze, a my sami zastanawiamy się czy zimno, jakie poczuliśmy na naszym karku, to chłodne powietrze wpadające przez uchylone okno, a może to coś więcej… coś, o czym pisał Gaiman.

W 2009 roku Solar Fields pracuje nad soundtrackiem do „Mirror’s Edge” i jest to strzał w dziesiątkę. Znany dotychczas w dość wąskich, ambientowych kręgach Magnus wypływa na szerokie wody i trafia do mainstreamowego odbiorcy. W końcu tworzy dla EA, ogromnego, znienawidzonego przez graczy koncernu, który pomimo wielu negatywnych głosów, ma się dobrze, bowiem tworzy wyjątkowo dobre produkcje. Podobnie jest ze wspomnianą „Krawędzią Lustra”, która pomimo braków, zgarnęła wysokie oceny w branżowej prasie.

Soundtrack miesza to, co najlepsze z Solar Fileds, czyli wyciszenia, przejścia i niskie tony, z rytmicznym pasującym do akcji beatem i dźwiękami. Kolejne ścieżki, a jest ich dziesięć, plus dwie w wykonaniu Lisy Miskovsky, są tłem szaleńczego biegu Faith poprzez dachy i budynki miasta zjedzonego przez korupcję. O samej historii możecie poczytać w recenzji, którą jakiś czas temu zamieściłem na blogu. Dźwięki, jakie nam towarzyszą, są idealnie dopasowane do tej opowieści. Gdy wybiegniemy na dach, gdy nikt nas nie ściga, mamy spokojny cichy ambient, ale gdy tylko ruszymy zaczyna się szaleńczy beat, rytm nadający tempo naszym krokom. Wszelkie przyśpieszenia i spowolnienia, wyciszenia, fadeowanie i sample wprost idealnie oddają to, co dzieje się na ekranie telewizora lub komputera, ale gdy założymy na uszy słuchawki, mamy do czynienia z zupełnie innym dziełem. Nie obserwując poczynań naszej pani kurier, soundtrack odbiera się zupełnie inaczej, jest on ścieżką dźwiękową przypominającą fenomenalną O.S.T z „Biegnij Lola, biegnij”. Tu już nie ambient i elektronika, ale szaleńcza katatonia, pomieszanie z ostrym, tanecznym graniem, a całość cholernie wpada w ucho. O.S.T z „Mirror’s Edge” nadaje się idealnie do auta, na długie trasy, bo nie usypia, nawet podczas spokojniejszych momentów, to także fajna ścieżka na nocną pracę, dłubanie przy projektach, lub do ćwiczeń, gdyż bardzo ciężko zgubić rytm wraz z tonami jakie zapodaje Solar Fields.

Mirror’s Edge Original Videogame Score – to pozycja obowiązkowa dla każdego gracza, fana ambientu, no i miłośników „Mirror’s Edge”