ONA:

Och, co to były za czasy! Jak mi się marzy, żeby żyć w jakimś dworze, bawić się w księżniczkę albo chociaż w w hrabiankę. Te zamki, te suknie, to życie, o ile oczywiście nikt nie postanowił pobawić się w rewolucję. No i może wprowadziłabym nieco większe zasady higieny, jeśli już przyszłoby mi w tamtych czasach żyć. Niemniej, uwielbiam filmy kostiumowe, a skoro mamy już mocno zabarwiony erotycznie tydzień, to nie mogło zabraknąć tu „Niebezpiecznych związków”. 

W 1782 roku francuski pisarz Choderlos de Laclos wydał powieść, która z miejsca została okrzyknięta niemoralną, bo przecież świat był wtedy tak bardzo pruderyjny, no – przynajmniej oficjalnie. To, co działo się za murami, absolutnie burzyło obraz bogobojnych ludzi. Intrygi, knucie, nawet małe wojny, otrucia, zabójstwa i dużo, dużo seksu. Często bardzo wyuzdanego. Może też kiedyś o tym napiszę coś więcej, bo w liceum zaczytywałam się literaturą historyczną, która krążyła po łóżkach królów, księżnych, władców i nawet duchownych. Ale wracamy do „Niebezpiecznych związków”.

Całą intrygę uknuła markiza de Meteuil (Glenn Close). Nic tak nie popycha do bezwzględnej zemsty, jak urażona kobieta, szczególnie, gdy ktoś wymienia ją młodszy, gładszy i świeższy model. Namawia więc swojego dawnego kochanka, Vicomte De Valmonta (John Malkovich) by ten uwiódł tę świeżynkę, Cecylię de Volanges (Uma Thurman). Dziewczyna jest nieśmiałą, cnotliwą panną, ale zaloty De Valmonta okazały się dość skuteczne. Właściwie – owa cnotliwość rozpłynęła się jak cukier w ciepłej herbacie. Wystarczyło kilka ruchów. Kolejną bohaterką tej intrygi jest Madame De Tourvel (Michelle Pfeiffer). Ta kobieta, w odróżnieniu do Cecylii, naprawdę jest cnotliwą i pobożną damą, a do tego jej uroda jest po prostu przepotężna. Valmont widzi w niej prawdziwe wyzwanie, dlatego postanawia uderzyć i sprawdzić, czy jego urok i umiejętności doprowadzą go do skrzętnie schowanego skarbu Madame. Markiza, widząc „postępy”, zaczyna zacierać z radości ręce. Wszystko idzie według jej przebiegłego planu.

Wiem, że Dawid kwiczał z nudów, oglądając „Niebezpieczne związki”, a moim zdaniem to film, nad którym przede wszystkim powinni pochylić się panowie, by poznać tricki Volagnesa, a przy okazji sprawdzić co potrafi i do czego skłonna jest urażona kobieta. To również ciekawe studium przypadku, rozwodzące się nad typami damskich psychik i zachowań, od wyrachowania, przez ciekawską niewinność, po – no cóż, pełne oddanie i zakochanie. Film jest przepięknie zrealizowany, kostiumy i wnętrza epatują duchem tamtych czasów, ale jest też niestety przegadany, a „erotyzm” ogranicza się tu jedynie do kilku „zrywów”, nic specjalnego. Ale to jeden z tych filmów, który warto obejrzeć chociaż raz. Świetna ekranizacja powieści, bardzo dobry poziom aktorski (w tym młoda Thurman, która jest tu po prostu prześliczna), fajna intryga i trochę wniosków, które można wysnuć po seansie.

ON:

Francja 1788 roku. Co to za czasy? Można powiedzieć, że zajebiste. Ale pod warunkiem, że urodziłeś się w arystokratycznej rodzinie, gdzie dorastasz wśród przepychu, rozpusty i luksusów. Należysz do wyjątkowej elity, a żyjący w biedzie mogą Ci naskoczyć, przynajmniej do czasów rewolucji, kiedy to potoczyły się szlacheckie głowy. Nim jednak biedota zaczęła się domagać swoich praw, można było bezkarnie świntuszyć, chędożyć, opychać się do granic możliwości i strzelać do śmierdzących wieśniaków.

Na francuskich dworach, w pałacach i pałacykach rozgrywano partyjki „salonowca”, zabawy niesamowitej. Na czym polegał salonowiec? Z lewa i sprawa można było wydymać każdego. Znudzone dworki, damy, hrabiny i szlachcianki oddawały swoje wdzięki stajennym i koniuszym, minstrelom, uczonym i głupim. Wszystko z racji tego, iż życie codzienne zahaczało o nudę. Ile można grać na klawesynie, popierdalać po ogrodach i lasach uganiając się za sarnami? Siedzieli więc wypudrowani panowie i wypudrowane panie w tych swoich śmiesznych wdziankach, pełnych falban, w perukach ukrywających prawdziwe włosy. Siedzieli i śmierdzieli, bowiem woda była przecież złem, roznosiła zarazę i bezpieczniej było się popryskać perfumą wszelaką, niż wykąpać. Szerzyły się zatem choroby i robactwo. Wszy radośnie skakały po kopulujących parach, syfilis zbierał pokłosie wśród ruchaczy, a zapudrowane ciała, łącznie z różowymi tyłkami, wesoło podskakującymi podczas kopulacji, owiewał swąd, którego nie zabijały żadne balsamy. Pod maskami z białego pudry wrzody zżerały ciała, a ropa jątrzyła się z pękających ran. W tym wesołym czasie, gdzie podchody seksualne mieszały się z dworskimi przepychankami, umiejscowiona jest historia „Niebezpiecznych związków”, filmowej adaptacji powieści Choderlosa de Laclosa.

W obrazie tym więcej dramatyzmu niż nagości, która tutaj schodzi na drugi plan. Nie ma podskakujących piersi, a całość skupia się na relacjach pomiędzy cynicznym podrywaczem, wicehrabią De Valmont a niejaką Marquse De Merteuil. Tak naprawdę markiza jest tutaj najbardziej wyrachowaną postacią, bowiem jej rozgrywki nie tylko doprowadzają do zniewolenia i ruiny, ale także upodlenia. De Valmont ma  uwieść i rozprawiczyć młodziutką i bardzo bogobojną Cecile De Volanges. Gdy dopnie swego, będzie mógł wejść pomiędzy gorące uda markizy. Pomimo hedonistycznych pobudek, które kierują De Valmontem, gdzieś w całym wyrachowanym planie znajduje się luka, której nikt nie przewidział. Lukę tę wypełnił Amor. Taki mały korpulentny aniołek z łukiem, który strzela na oślep swoimi strzałami i wzbudza powszechną panikę. Jedna taka strzałeczka bija się w tyłek wicehrabiego i powoduje, że zabawa przeradza się w prawdziwą miłość. Musi on jednak wybrać: czy chce oddać przysługę markizie, czy może chce być choć przez chwilę szczęśliwym.

Mnie niestety „Niebezpieczne związki” zanudziły niemiłosiernie. Przygotowany byłem na huczne chędożenie, a okazało się, że więcej tutaj pieprzenia słownego, niż gołych dupek. Jako dramat film Stephena Artura Freasa się broni, jako erotyk nawet nie klasyfikuje się do tej grupy.