
Chyba mnie ten film zawiódł. Obejrzałam go już jakiś czas temu, ale on po mnie po prostu spłynął. Dopiero po czasie postanowiłam napisać kilka słów, mając nadzieję, że może – skoro wszyscy się nim tak zachwycają – mnie też ten zachwyt obejmie.
Nie.
Przełęcz ocalonych – recenzja
Nie zrozumcie mnie źle. Nie to, że jestem pozbawiona uczuć, że nic mnie nie rusza, a takie historie są po prostu zwykłe. Ale spodziewałam się czegoś większego. Czegoś w bardziej „gibsonowatym” stylu.
Ale mam pewną teorię.
Wszystkiemu winny jest Andrew Garfield, który jest zbyt słodki, zbyt uroczy, na granie w filmach wojennych.
Zacznijmy od początku. Koniec II wojny światowej. Wojska amerykańskie walczą z japońskimi. Bitwa o Okinawę. Bitwa ta trwała 3 miesiące… Była krwawa, brutalna, pochłonęła tysiące ofiar – zarówno żołnierzy, jak i cywilów.
I mamy Jego. Desmond Doss – amerykański wojak, który odmawia noszenia broni, zabijania, uczestniczenia w bitwie z powodów moralnych. Trochę nie mieści mi się to w głowie.
Doss był człowiekiem ogromnej wiary. I to właśnie wiara, która ukształtowała jego poglądy sprawiła, że podczas działań wojennych postanowił pomagać. Był sanitariuszem. Za swoje działania został nagrodzony Honorowym Orderem Kongresu, a Mel Gibson postanowił zrobić na podstawie jego historii film, obok którego nie można przejść w sposób obojętny.
Skończyło się tak, że „Przełęcz ocalonych” dostała ogrom nagród i nominacji (m.in. do Oscarów i Złotych Globów), a świat jeszcze raz przypomniał sobie kim był Desmond Doss.
Jak dla mnie sama fabuła jest świetna. Wciąga, daje do myślenia. Film ma świetny dźwięk i montaż (za co zresztą dostali Oscary). Ale dla mnie to tyle, jeśli chodzi o zalety.
Absolutnym nieporozumieniem jest Garfield. W „The Social Network” był przejrzysty. Jako Spider-Man – był całkiem uroczy. Ale to tyle, jeśli chodzi o role, z których go kojarzę. Ładny chłopiec na wojnie.
Historia piękna, ładnie pokazana, tak dość dobitnie, ale na raz.
