Mother - recenzja1

Ja nie oglądam filmów dziwnych, gdyż ich po prostu nie rozumiem. Kino „ambitne”, „inne”, „nieszablonowe” mogłoby dla mnie nie istnieć. Mój gust jest prosty i serio, nawet durne filmy są w stanie wywołać we mnie emocje, ale pod warunkiem, że angażuję się w fabułę. Ale czasami zboczę. Czasami obejrzę coś, co jest totalnie inne, niż moje typowe strzały. I niestety, na ogół jestem zniesmaczona przeintelektualizowaniem pewnych form oraz ich totalnego przerostu nad treścią.

Mother – recenzja

A potem wchodzi Darren Aronofsky i jego „Mother!”. W Polsce tytuł ten to „Madka” ew. „Moja stara”.

Co ja czytam: radykalny, surrealistyczny, autotematyczny, symboliczny, mocny, biblijny, a do tego oczywiście arcydzieło!

A ja z tego filmu zrozumiałam gówno. Inaczej! Mam wrażenie, że zrozumiałam wszystko, tylko czemu to tak pokazano? Nie wiem. Mózg pęka albo cała istota szara się prostuje. Grymas na twarzy jest nawet teraz, kilka dni po seansie. W głowie pustka (bo mózg pękł), a jak już chcę coś napisać, to wychodzi kpienie. Ja już sama nie wiem po co się za to dzieło w ogóle zabrałam. Szczególnie, że w tym czasie – bardzo zmarnowanym, mogłam: spać, grać albo oglądać dwa odcinki nowego sezonu „The Crown”.

To oglądałam: film twórcy, za którym nie przepadam, w roli głównej z aktorką, za którą nie przepadam, w gatunku, którego nie lubię, za którym nie przepadam. MATKO!

Mamy małżeństwo – z pozoru super, idyllicznie i bajkowo. Ona (Jennifer Lawrence) jest wpatrzona w niego, on (Javier Bardem) daje jej bezpieczną przystań. Mają klimatyczny domek z dala od ludzi, żyją szczęśliwie. Jakoś. On jest poetą bez weny i wzwodu. Ona skrycie marzy o dziecku, którego On nie chce. Grzecznie go słucha, więc gdy pada hasło: Nie można wchodzić do pracowni, to nie można. Co jeszcze wiemy o głównej bohaterce? Ma bardzo głupiutki wyraz twarzy i nosi wielkie majty.

Wtedy w domu pojawia się Mężczyzna (Ed Harris). Cholera wie skąd i po co. Potem pojawia się Kobieta (Michelle Pfeiffer). A potem wszystko wywraca się na lewą stronę. Dzieją się rzeczy dziwne, a bohaterowie zachowują się tak, że masz ochotę pieprznąć telewizorem czy tam laptopem o podłogę. Są tak cholernie irytujący, tak głupi, tak durni, że oglądanie ich ociera się – dosłownie – ob ból. Przy czym Lawrence tu oczywiście króluje.

Nasz poeta bez wzwodu zaczyna pod wpływem całego tego pierdolnika tworzyć, a jego kobieta zachodzi w ciążę. No sielanka na całego. I potem pan Aronofsky postanawia WYRZYGAĆ SIĘ NA NAS WSZYSTKIM, CO ZJADŁ W CIAGU OSTATNICH 3 DNI.

Finał tego filmu boli! Boli Cię dusza i serce, i oczy, i trzewia. Boli Cię stracony czas, a zaciskające się w grymasie szczęki sprawiają, że boli Cię cała twarz. Chcesz krzyczeć, całkiem możliwe, że rzygać też, chcesz kazać zamknąć ich wszystkich gdzieś w psychiatryku, a tym, którzy opisali ten film jako „horror”, kazać wypierdzielać w workach pokutnych gdzieś daleko!

Chociaż chwila. Zatrzymajmy się. Może „horror” to tu nie jest gatunek, a po prostu ostrzeżenie? Może o to w tym chodziło? Bo jeśli tak, to dziękuję, to moja wina, że w ogóle wpadłam na pomysł, by to „dzieło” obejrzeć.

TEN FILM JEST ZŁY. On nawet nie jest ambitny. On jest po prostu zły i o niczym. I od razu mówię do tych wszystkich, którzy powiedzą, że jest on o biblijnym 6 dniu stworzenia, o macierzyństwie, o tworzeniu, o życiu z artystą. GUNWO! Jest od groma lepszych, ciekawszych i bardziej wciągających filmów, niż to „coś”, co psuje głowę, ale nie dlatego, że wybebesza Cię z wszystkich emocji, ale dlatego, że nie da się go obronić pod żadnym względem. Kino złe. I brzydkie.

Tagi: Mother – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów