ON:

Stephen King, znany czasem jako Richard Bachman, przez jednych uwielbiany, a przez innym wyklinany, jest chyba jedynym pisarzem, którego proza jest tak chętnie przenoszona na ekrany kinowe i telewizyjne. Nie można się zbytnio temu dziwić, gdyż historie i światy przez niego wymyślane są inne niż wszystkie i nawet proste zdarzenia opisane przez Kinga potrafią przyciągnąć naszą uwagę. Osobiście zaliczam się do członków „Kościoła Kinga” i uwielbiam jego nowele i powieści. Nie neguję, że i jemu zdarzają się słabizny jak na przykład „Bezsenność”, ale są to pojedyncze tomy w całej bibliotece.

Przekopując starą videotekę, natrafiłem na film z czasów mojej bardzo wczesnej młodości, który pamiętam jak przez mgłę. Jedynym pewnikiem było to, że główną rolę w tym dziele zagrał Arnold Schwarzenegger. Podczas wczorajszego seansu okazało się, że scenariusz luźno opiera się na książce Bachmana. Mowa oczywiście o „The Running Man”, w Polsce znanym jako „Uciekinier”. Ta opowieść sciencie fiction umiejscowiona została w 2019 roku, kiedy to po licznych kataklizmach, zamieszkach i wojnach, miasta podzielone są na rządzone przez policję zamknięte sektory. Mamy dwie klasy bogaczy, którym niczego nie brakuje oraz biedotę żyjącą wśród śmieci na ulicach i w kanałach. Państwo nie istnieje, jest pogrzebanym tworem. Jak ryba psuje się on od głowy, a w tym przypadku od rządzących. W starożytnym Rzymie władza wiedziała, że lud potrzebuje dwóch rzeczy: chleba i igrzysk. Tu z chlebem jest różnie, ale igrzysk nie brakuje. W telewizja jest cenzurowana i znajduje się pod nadzorem władzy. Jedyną rozrywką dla mas ma być cykliczny program „The Running Man”. Na obszarze 400 przecznic zniszczonych przez trzęsienie ziemi, trwają współczesne walki gladiatorów. Jedni są uciekinierami, a drudzy łowcami, którzy mają ich złapać lub zabić. Nie ma zasad, nie ma reguł, a wszystko transmitowane jest na żywo ku uciesze gawiedzi. Oczywiście program to ogromny rynek zbytu dla reklamodawców, fantastyczne wydarzenie dające się spieniężyć. Najważniejsza jest oglądalność. Uciekającymi są przeważnie przestępcy lub osoby zawadzające obecnej władzy. Wysłanie ich na to pole bitwy zwykle kończy się dla nich śmiercią. Martwy problem to przecież żaden problem. W świecie pełnym bezprawia pojawia się jeden sprawiedliwy policjant z zasadami, Ben Richards, który odmawia wykonania rozkazu, wydanego przez przełożonych. Nie chce strzelać do bezbronnych ludzi, który protestują, ponieważ nie mają co włożyć do garnka. Ta niesubordynacja kończy się dla niego więzieniem. Niestety, traf chce, że jego osobą zainteresował się Damon Killian, charyzmatyczny gospodarz „Uciekiniera”, widzi on w osobie byłego policjanta całkiem niezły kąsek, który może podnieść słupki oglądalności. Nie mając wyjścia Ben musi wziąć udział w nieludzkich zawodach. Przy okazji dowiaduje się, że cały program jak i obecna klasa rządząca, to jedno wielkie kłamstwo, mające na celu zaspokajanie żądz najbogatszych.

Jak wspomniałem film jest tylko luźną adaptacją książki. Zapożyczono z niej jedynie postać policjanta oraz ogólną wizję świata, jak i programu telewizyjnego. Dodatkowe wątki, jakie King zamieścił w książce, powodują, że jego dzieło czyta się wyśmienicie, z zapartym tchem. Nie oznacza to, że obraz ze  Schwarzenegger jest zły. To wyjątkowo przyjemne kino z końca lat 80-tych i chyba śmiało mogę nazwać je klasykiem. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli tego typu historii.