ONA:

Nie umiem gotować. Bardzo bym chciała swobodnie poruszać się po garach, tak na przykład jak Dawid, ale zupełnie mi to nie idzie. Mam smak, potrafię łączyć składniki, ale nie mam wyobraźni, boję się, że z czymś przesadzę i niestety – bardzo szybko potrafię się zniechęcić. Mam kilka sprawdzonych przepisów, których trzymam się jak aptekarz przy robieniu mikstur. I zawsze szlag mnie trafia, kiedy czytam w przepisie „trochę”, „garść” lub „szczyptę”. Ale podoba mi się to całe kucharzenie, alchemiczne wręcz wrzucanie kolejnych składników, a potem zatapianie zębów w posiłku, który wykręca kubki smakowe, doprowadzając je do pojedynczych orgazmów. 

Podziwiam osoby, które potrafią nie korzystać z przepisów. Wiedzą jak smakuje topinambur, wiedzą do czego wrzucić korzeń, a do czego liście, wiedzą do czego użyć kozieradki i nie boją się tego robić. Zawsze mnie zastanawiało co ma w głowie kucharz, który wymyśla sobie jakąś potrawę. Czy to tak samo jak z pisarzem, filmowcem albo malarzem? Wie od razu co powstanie, czy to kreuje „się samo”? Śmiejcie się albo i nie, ale ja moją pierwszą jajecznicę zrobiłam z miesiąc temu (a mam prawie 29 lat). Rosołu nie udało mi się zrobić nigdy, więc nie nadaję się na żonę. Nie upiekłam też nigdy biszkoptu, chociaż podobno moje muffinki są smaczne. Oglądam za to dużo programów kulinarnych i czytam – poważnie, CZYTAM książki kulinarne, które zresztą z pasją zaczęłam kolekcjonować już jakiś czas temu. Ostatnio postanowiłam coś z tym zrobić. Otworzyłam lodówkę i bez ściąg – spróbowałam coś wykombinować, co miało być przede wszystkim smaczne i przy okazji byłoby miło, gdyby nie skończyło się wypadnięciem układu pokarmowego dowolnym otworem ciała.

Wybrałam: ciasto francuskie (błagam, nie pytajcie czy robiłam sama), wędzonego łososia i ser kozi. Rozłożyłam ciasto, przecięłam wzdłuż na 2 równe części i potem każdy pas na 4. Zrobiłam pastę z koncentratu pomidorowego, z odrobiną peperoncini i posmarowałam połowę ciasto. Na to poszedł łosoś, kilka listków świeżej bazylii i oregano, za którym przepadam. I plasterek sera. Zamknęłam drugim kawałkiem ciasta, tworząc takie jakby „poduszeczki”. Skleiłam końce, górę posmarowałam rozbełtanym jajem i włożyłam do pieca. Po jakiś 20 minutach Dejw z ogromnym zainteresowaniem pojawił się w kuchni. On był pierwszym testerem tych moich poduszeczek i chyba mu zasmakowało, bo zjadł swoją porcję, a dziś domagał się powtórki z rozrywki. Czyli jednak się da. Ale nie łudźcie się, że nagle coś wywróciło się w mojej głowie. Po prostu te wszystkie godziny, spędzone nad książkami kucharskimi i programami kulinarnymi wreszcie do czegoś się przydały. A skoro jesteśmy już przy książkach kulinarnych, to…

Mam trzy ulubienice ze świata kulinarnego, które ukochuję ponad wszystko. Pierwszą z nich jest Nigella Lawson. Uwielbiam ją, podoba mi się jej styl, chociaż gotowanie z jej przepisów to dość ciężka sztuka nie z powodu trudności, a dostępności pewnych produktów. Ale inspiruje mnie mocno, już od lat. Drugą panią, która włada moim podniebieniem, a przy okazji sporo mnie uczy, jest Aśka Matyjek, czyli babeczka, która od lat Odczarowuje Gary. Kobieta idealna, bez dwóch zdań i cały czas powtarzam, że jak dorosnę chcę być Asią. Zerknijcie koniecznie na jej bloga i zapomnicie czym jest schabowy z ziemniakami. Trzecią kobietą, z którą uwielbiam gotować, jest Zosia Cudny, również blogerka. Jej Make Cooking Easier śledzę od pierwszego wpisu. Przepisów od Zosi przerobiłam już w kuchni całe mnóstwo, od tych najprostszych, po te nieco bardziej skomplikowane. Mamy dosyć podobne podniebienia. Kiedy Zosia wydała swoją książkę kucharską, postanowiłam, że musi ona stanąć obok moich wszystkich Nigelli. Tak też się stało.

Abstrahując od przepisów, które są świetne i napisane tak, że i tumany kulinarne będą potrafiły je zrobić, Zosia stworzyła wręcz album z fotografią kulinarną, która wychodzi jej (zresztą, Asi również!) świetnie. Sam pomysł na książkę jest genialny. Podzielona jest ona na części wg pór roku i wg posiłków. Każdy okres w roku ma swoje „typowe” smaki i elementy, z których należy korzystać. Wiosna jest lekka, budząca do życia. Lato przynosi feerię kolorów i smaków. No i owoce! Jesień ciągnie nas w stronę cynamonu, a zima? Zimą sięgamy po przetwory, no i zima to święta, czas wspólnego gotowania i pieczenia, po którym mimo zmęczenia i tak czujesz się wspaniale, bo spędzasz ten czas z najbliższymi.

Moim absolutnym faworytem i jednocześnie pierwszym przepisem z książki Zosi, który zrobiłam są placuszki z jabłkiem i cynamonem, idealne o każdej porze dnia i nocy, przepyszne i banalnie proste.

Polecam Wam „Make Cooking Easier. Przepisy na  cztery pory roku” bowiem znajdziecie tu dużo pyszności i jeszcze więcej pięknych zdjęć.