Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY KSIĄŻKI RECENZJA

Angel Heart

ON:

Okładka „Harry Angela” Williama Hjortsberga nie wyglądała zachwycająco. Szarawa, na froncie zdjęcie ludzkiej dłoni, obleczonej w zakrwawioną rękawiczkę. Na jej środku leży mała, srebrna trupia główka. Minimalizm…

… to słowo bardzo dobrze opisuje to dzieło. Pełne mrocznych, Chandlerowskich kadrów i scen. Nowy Jork, a później Nowy Orlean, są ciemne i duszne. Harry Angel prywatny detektyw z „Wielkiego Jabłka” jest postacią czysto książkową, kojarzącą się z bohaterami sensacyjnych powieści NOIR. Wymięty płaszcz, koszula nie pierwszej świeżości, w kieszeni ukryta piersiówka, która czeka na chwile wytchnienia i S&W mający uchronić jego właściciela przed złem wszelakim. To mężczyzna, przyjmujący zlecenie mające zmienić jego sytuację finansową, zlecenie wydające się banalną igraszką, zagadką dającą rozwiązać się w kilka dni. Jednak kolejne tropy prowadzą do miejsc i osób, których byśmy nigdy nie chcieli spotkać. Ścieżka detektywa usłana jest trupami, okruszkami tak bardzo innymi od tych, jakie zostawiali za sobą jak “Jaś i Małgosia”.

Do konwencji nie pasuje osoba zleceniodawcy. Zamiast zastraszonej, długonogiej blondyny obawiającej się o swoje życie, mamy mężczyznę eleganckiego, trochę dziwnego, ale pełnego klasy i nienagannych manier. Poszukuje on swojego wspólnika, który nie wywiązał się z umowy. Wspomniany wcześniej Nowy Orlean, także wyłamuje się z szablonu tego typu powieści. Nie jest to bowiem NY lub LA. Niska zabudowa i bagniste tereny nie są gorsze od ciasnych uliczek Miasta Aniołów. Jak by nie patrzeć to amerykańska kolebka woodoo i czarnej magi,i tak dobrze opisana w „Wywiadzie z Wampirem” . Jest to miejsce gdzie niechciane osoby giną w paszczach aligatorów, a martwe prostytutki wyglądają tak samo źle, niezależnie czy leżą w podrzędnym hoteliku, czy w rynsztoku.

Harry oddaje się cały sprawie. Gdyby był postacią z kart książek Chandlera, to jego podróż byłaby dość przewidywalna, jednak Hjortsberg postanowił zabawić się w boga i postawił na szali los i życie swojego bohatera. Konfrontacja z praktykującymi czarną magię osobami lekko wywraca do góry nogami życie Angela oraz postrzeganie całej historii przez czytelnika. Symbolika staje się dość jasna, ale dopiero teraz, pod koniec podróży, zdajemy sobie sprawę z kilku rzeczy, które wcześniej umysł odrzucał, chociaż podane one były na tacy. Zabawa w kotka i myszkę trwa nadal, lecz kocur stał się ofiarą, a mysz okazała się dwumetrowym monstrum.

W tej zabawie może być tylko jeden wygrany, tylko czy starczy Harry’emu sił, aby stać na ringu do samego końca?

Powieść Williama Hjortsberga, jest zabawką mogącą wyrządzić krzywdę czytelnikowi. Tę zabawkę wziął na swój warsztat Alan Parker. Reżyser poddał ją modyfikacji i stworzył niebezpieczną pułapkę, która przyciąga nas raz po raz, aby przerazić i fascynować jednocześnie. Majstersztyk, jaki przyjdzie nam oglądać, bawi się konwencjami oraz symbolami. Gra świateł i ceni, muzyka, skład oraz fenomenalna kreacja Rourke’a to najmocniejsze strony tego dzieła. Można pokusić się na stwierdzenie, iż to jedna z najlepszych ról aktora. Nie wciela się on bowiem w Angela, ale po prostu nim jest. Prawdziwość, jaka udało mu się uzyskać, była unikalna i chyba dopiero w „Zapaśniku” mamy jego wielki powrót do tak wysokiego poziomu gry aktorskiej. Parker nie sili się na wyjątkowość pod względem scenariusza, opowieść z książki nie może być przecież bardzo zmieniona, na dodatek jest ona niezła, ale nie fenomenalna. Dlatego postawił on na inna kartę. Pomimo tego, że film jest kolorowy, to oglądając kolejne sceny wydaje się nam, że mamy do czynienia z czarno-białym dziełem, które przenosi nas do czasów Philipa Marlowe’a. Roukre nie jest Bogartem, ale ma w sobie to coś, co zniewala i przyciąga. Reżyser nie pozbyła się także, cynicznego, ironicznego humory, czasem dość gorzkiego, który pojawiał się na kartach mistrza NOIR. W ten oto sposób powstał bohater szorstki i mocno zarysowany.

„Harry’ego Angela” ogląda się tak samo dobrze, jak się go czyta. Oba dzieła są swoistą kompilacją, uzupełniają się wzajemnie. Film pomaga nam wizualizować rzeczy, które w książce są tylko lekko zarysowane, zaś książka umożliwia nam w niknięcie w głowę Harry’ego, co w przypadku obrazu kinowego staje się mniej możliwe. Smak ostateczny otrzymamy, gdy połączymy oba dzieła.

Dla mnie obowiązkowa już „klasyka” kina grozy i kryminału w pigułce.

ONA:

Po seansie filmu „Harry Angel” wyciągam dwa wnioski.

Wniosek nr 1: Mickey Rourke w 1987 roku był mega apetyczny, taki trochę gamoń i zawadiaka, trochę łobuz, ale z ogromnym urokiem osobistym. A teraz? Rozpacz. Ja rozumiem – też nie wierzę w godne starzenie się, ale rówieśnikami Rourke’a są m.in. Jeff Goldblum, Liam Neeson, czy nawet Boguś Linda (nie wspomnę już o Hasselhoffie czy Seagalu), a tylko Mickey wygląda jak po crash testach z użyciem kwasów, niekoniecznie hialuronowych.

Wniosek nr 2: Jakie to smutne, że dominujące religie, które wyznawane są przez praktycznie wszystkich mieszkańców na Ziemi, związane są jedynie z ograniczeniami, zakazami i umartwianiem się (a to przez pokutne życie, a to przez odpowiednią ilość ładunków wybuchowych), podczas gdy ten maleńki promil pozostałych – jest tak szalenie interesujący. Ot, taki rastafarianizm, czy nawet voodoo…

Główny bohater tego filmu, tytułowy Harry Angel (Rourke) jest prywatnym detektywem z Nowego Jorku i właśnie dostaje nowe zlecenie, które na zawsze odmieni jego życie. Namierza go tajemniczy Louis Cyphre (Robert De Niro) i prosi go o pomoc w odnalezieniu zaginionego przed laty piosenkarza – Johnny’ego Favourite’a. Detektyw nie wiedząc w co się pakuje, rozpoczyna śledztwo, które z miejsca wymyka się spod kontroli, obnażając wiele tajemnic i jeszcze więcej problemów. Każda osoba, która coś więcej może powiedzieć naszemu detektywowi na temat zaginionego muzyka, ginie w dziwnych okolicznościach, często dość makabrycznych. Sprawa śmierdzi i to solidnie. Coś, co z początku miało być jedynie kolejną „rutynówą” typu Krzysztof Rutkowski, okazuje się prawdziwym koszmarem na jawie.

„Harry Angel” to film tak ekstremalnie wielowymiarowy, przesiąknięty metaforami, ukrytymi i zawoalowanymi wątkami i symbolami, że jestem wręcz przekonana o tym, że każdy kolejny seans będzie równie ciekawy, jak pierwszy, bo ciągle będziemy odkrywać coś nowego. To dzieło nie ma ani jednego słabego momentu. Współczesnego widza, który dopiero teraz sięgnął po tę pozycję (tak jak ja), może jedynie drażnić styl kina z końca lat 80tych ubiegłego wieku (keczupowa krew, bebechy z kiepskiego sylikonu itp.), ale klimat noir: ciemny, wręcz mroczny, tajemniczy i nieoczywisty, wypełnia szczelnie każdą lukę. Film wręcz nas dusi, otumania, otacza ciasno z każdej strony… Jest genialnie zagrany, nawet bohaterowie drugoplanowi nie są tu z przypadku, chociaż największe uznanie należy do pana De Niro. Do samego końca nie możemy jednoznacznie zdefiniować jego kreacji, ale to, co jest pewne to to, że jest ona wprost zachwycająca i totalnie demoniczna. I do tego całego mrocznego klimatu dodajmy odrobinę voodoo, podsyconą rewelacyjną muzyką i otrzymamy dzieło, od którego nie można się oderwać, ani tym bardziej przejść obojętnie.

Polecam.