ON:

Lubię leczo. Lubię je dlatego, że jest to bardzo smaczne, kolorowe danie, które zahacza o kuchnię węgierską. To potrawa jednogarnkowa składająca się z wielu składników, które oddzielnie potrafią być nijakie, jednak ugotowanie ich we wspólnym sosie powoduje, że nawet cukinia, która bez wspomagacza smaku jest tylko śmiesznym kabaczkiem, staje się smakowita. Czego trzeba nam do leczo? Kucharza, składników, przypraw i pomysłu. Co w przypadku, jeśli kucharz jest nieudolny, składniki takie se, a przyprawy nie mają smaku? 

Całe szczęście niejadalną potrawę można wyrzucić lub dać kurom do zjedzenia. Te dalekie kuzynki dinozaurów zjedzą wszystko i nie mają problemu ze złą kuchnią. Jest jednak jeden mały problem. Gdyby „Everly” ugotowaną przez Joe Lyncha i Yale Hannona przyrównać do lecza, to obawiam się, że moje „Balbiny” nie zżarłyby ani kawałka. Takiej papki nie widziałem dawno. To najgorszy kinowy klops, jaki podano mi w przeciągu ostatniego roku, a muszę powiedzieć, że dużo się w tym czasie naoglądałem.

Wyobraźcie sobie dramat o uwięzionej w pokoju kobiecie. Jest ona piękna, seksowna, a jej oprawca to szef mafii i znęca się nad nią psychicznie. Siedzi ona zamknięta w pokoju od czterech lat, a w tym czasie jej maleńka córka wychowywana jest przez babcię. To wszystko jest straszne i łapie za serce. Teraz do tego dramatu dodajcie kino akcji, takie typu klasy „B”. Jest ono przekoloryzowane, krwawe i czasem zupełnie bez sensu. W tym momencie mamy już do czynienia z pewną rodzajem paszy. To coś jak zmiksowana pożywka dla świń. I co z tego, że nijak nie pasują kartofle do bitej śmietany, może akurat ktoś to zje. Dzięki temu połączeniu okazuje się, że zamknięta na cztery spusty kobieta, to prawdziwa morderczyni, dosłownie królowa czarnych mamb. Kule się jej nie imają. Rękami i nogami macha jak motyl skrzydłami, tyle że zbiera przy tym krwawe żniwa. Aby nie było nam za mało, do potrawy dorzucamy gęsty sos, w postaci thrillerowych elementów i miksujemy dalej. Oj dzieje się, dzieje. Na scenę wchodzi japoński Sadysta oraz jego przydupasy. Zajeżdża tutaj trochę orientalnym kinem grozy, które zmienia smak całości. Breja na ekranie zaczyna być coraz to bardziej szara i niejadalna. Na koniec obaj kucharze, czyli reżyser i scenarzysta, wrzucają do koryta odrobinę czarnego humoru. No i miarka się przebrała. Nawet świnia tyle nie zniesie. Całość jest takim bełkotem, że po około 20 minutach idzie sobie wydłubać oczy i zatkać nimi uszy. Masakra!

Grająca tutaj główne skrzypce Selma Hayek jest nadal piękną kobietą i tylko ona pozwala na chwilę pozostać przy tym obrazie. Niestety, nie przyciąga jej gra aktorska, która jest niesamowicie słaba, a jej ciało, które potrafi być nadal pociągająca. Wydaje mi się jednak, że to za mało, aby wytrzymać do końca tego obrazu. Szczerze wam odradzam seans „Everly”.

ONA:

Jeśli ktoś widział kiedyś mój kalendarz, to wie, że rządzą w nim karteczki post-it, na których zapisuję różne rzeczy, zadania itp. i potem sobie mogę je przyklejać pod dowolnym dniem, kiedy akurat mogę coś zrealizować. Tak samo postępuję z filmami, książkami i całą resztą, którą w danym dniu mamy zrecenzować. Film „Everly” przeklejany był chyba z 20 razy. Nie potrafiłam nie tylko się zmobilizować, ale przede wszystkim nie było we mnie zupełnie ochoty na pisanie o tym „dziele”, które należy do gatunku akcji, a ja bym przy okazji dodała, że jest wyjątkowym gniotem.

Już nawet dokładnie nie pamiętam o co w tej produkcji chodziło. Jest kobieta, Everly (Salma Hayek), która uwięziona jest w mieszkaniu. Jej „ukochany”, który przy okazji jest też mafiozem, ją tam umieścił i chce ją wykończyć. Wiecie co? Ja naprawdę nie wiem czemu on ją chciał zabić. Czy chciała od niego odejść? A może to ona była zła? Nie wiem, nie pamiętam, nie chcę do tego wracać. W każdym razie – większość czasu, a film na szczęście zbyt długi nie jest, spędzasz z coraz bardziej spoconą Salmą, jej biustem i kolejnymi trupami. Kiedy już zaczyna być w miarę sensownie, twórcy wprowadzają dwie kolejne bohaterki: matkę i córkę Everly, co oczywiście musi jeszcze bardziej zakręcić całą fabułą tak, że teraz nie przypomina ona świńskiego ogonka, a jakąś pieprzoną spiralę nienawiści.

Wyobraźcie sobie wszystkie złe i jeszcze gorsze filmy akcji. Mi, podczas seansu, wszystkie one się przypominały, a ja zaklinałam, że obejrzę je raz jeszcze – byle tylko ta pieprzona Everly już wszystkich pozabijała, bo umrę w mękach i znajdą mnie z tym gównem na ekranie. Już bym chyba wolała zostać odnaleziona z jakimś pornosem, przynajmniej miałabym ciekawszy wyraz twarzy. W „Everly” nie podoba mi się wszystko i zarazem wszystko mnie drażni. Nie broni go nawet Hayek, która już chyba zapomniała jak grać, bo plastyką i ekspresją zbliża się powoli do Małgosi Kożuchowskiej w roli matki-frustratki, wrzeszczącej przy obiedzie „SKAJPA MAMO! SKAJPA!!! NIE MÓWI SIĘ SKAJPAJA!!!” Dodatkowo całość „filmu” osadzona jest w jakimś azjatyckim klimacie, który ZUPEŁNIE do mnie nie dociera. Wszystko jest groteskowe, przerysowane, Everly miała być kimś na kształt super bohaterki w ciele człowieka, ale nie wyszło jej to totalnie. Porównuje się to dzieło do „Kill Billa” i każdą osobę, która to robi, należy chłostać porem po pysku. Tarantino stworzył charakternych bohaterów, a całość była po prostu dobrym filmem w jego stylu. Tu style się mieszają: raz mamy sake, raz bimber od rednecków, kiedy indziej wchodzi klasyczne lanie po mordzie, a jak wiadomo nie od dziś – po takim miksie się po prostu rzyga.