ONA:
Mimo, że to sensacje, kryminały i sarkastyczne komedie są moimi ulubionymi filmami, czasami zatapiam się w bajkowym świecie, żeby zapomnieć o tym realnym. Wtedy na te kilkadziesiąt minut przestaję być prawie 30-latką i wracam do czasów różowych rajtów, dwóch kucyków i braku jedynki w uzębieniu. To nic, że znam te historie. Po prostu przypominają mi one o przeżywaniu, o pewnych emocjach, o uczuciach. Plus bajki i baśnie zawsze bardzo prosto weryfikowały kto jest zły, a kto dobry, a także co trzeba zrobić, by należeć do któryś z tych grup. Oczywiście moją ulubioną historią sprzed lat jest „Alicja w Krainie Czarów”, którą kocham tak mocno, że aż podarowałam jej własne ramię. Dziś zabieramy się za „Kopciuszka”. Nie mam zamiaru zanadto rozpisywać się o fabule, bo zna ją każdy. Ale i tak warto poświecić czas na to dzieło, bo jest naprawdę wyjątkowe.
Ella to urocza dziewczynka, którą po śmierci matki samotnie wychowuje jej ojciec. Mama, zanim umarła, powiedziała jej, by w życiu kierowała się dobrem i tak też się stało. Ella była bardzo urocza, pomocna. Po jakimś czasie jej ojciec postanowił się ponownie ożenić. Jego wybranką została kobieta, która też samotnie wychowywała dwie córki. Wkrótce obie rodziny się łączą, a ojciec wyrusza na wyprawę, z której już nigdy nie wrócił. Wtedy Macocha pokazała pazurki, robiąc ze swojej pasierbicy sprzątaczkę, kucharkę i pomywaczkę. Ale Ella to wszystko znosiła z godnością… Pewnego dnia poznała przystojnego młodzieńca. Z miejsca w nich strzelił ten pieprzony Amor… Tylko zanim ich drogi się połączą, musi się jeszcze odbyć kilka wydarzeń… Zresztą, sami wiecie jakich.
Kenneth Branagh miał nie lada wyzwanie przed sobą. Jak stworzyć film z baśni, którą znają wszyscy? Ale udało mu się to wyjątkowo dobrze. „Kopciuszek” to dzieło wyjątkowe, bardzo bajkowe, angażujące i wyzwalające emocje. Poza wykonaniem ma bardzo fajną obsadę, która robi całą robotę. Lily James ma co prawda nieco zbyt ciemne brwi, które potrafią odciągnąć uwagę, ale jest eteryczna, słodka, bardzo dziewczęca. Cate Blanchett to moja ulubienica. Jej Macocha to prawdziwy piździel z krwi i kości. Jest wredną, zimną i wyrachowaną kobietą, która z rozkoszą uprzykrza życie swojej pasierbicy. Ale przy tym wszystkim jest posągowo piękna, z wyrazistą twarzą i genialnymi, rudymi włosami. Trzecią petardą w tym filmie jest Helena Bonham Carter o dziwo w pozytywnej roli i do tego całkiem normalnej – o ile Wróżka Chrzestna, która umie zamienić dynię w karocę jest w granicach „normalności”. Jej bohaterka jest taką wymarzoną cioteczką, która pomoże i wyciągnie z każdych problemów. Ten wątek jest bardzo dowcipny i świetnie uzupełniają go myszy. I przyznam szczerze, że tylko te 3 bohaterki jakoś zapadły mi w pamięć, ale chyba na tym polega „sztuczka”. W roli księcia pojawił się Richard Madden, który miał strasznie obcisłe spodnie świetnie pasujące zresztą do biustu Bonham Carter, który zapomniał o grawitacji. Tylko to wszystko to są bzdurne detale. Ważne, że baśń dostała wartą siebie ekranizację, bo widać w niej rękę mistrza.
Nie mówię, że to film dla każdego, ale warto mu dać szansę. Nawet nie ze względu na fabułę, a na samą oprawę.
ON:
„Kopciuszek”, którego wyreżyserował Kenneth Branagh, to przykład na to, że klasyczne baśnie nigdy nie nie starzeją, a w odpowiednich rękach może się okazać, iż wręcz nabierają nowego życia. Opowiedziana na nowo historia skierowana jest nie tylko do młodszego odbiorcy, ale także zainteresuje rodziców, którzy pewnie z pociechami odwiedzili kina.
Chyba nie ma na świecie osoby, która nie znałaby tej baśni w mniej lub bardziej zbliżonej do pierwowzoru wersji. Wprowadzenie do dramatu jest szybkie i proste. Młody kupiec, który jest wdowcem i żyje tylko ze swoją piękną córką, znajduje sobie drugą żonę. Do jego wielkiego i pięknego domu wprowadza się macocha oraz jej dwie córki – Gryzelda i Anastazja. Wszystkie od początku nienawidzą córki kupca, mimo, że jest ona ładna, uprzejma i zawsze pomocna. To totalne przeciwieństwo dwóch krnąbrnych i zadufanych w sobie, brzydkich jak noc dziewuch. Oczywiście dochodzi do tragedii. Ojciec kopciuszka umiera podczas swojego wyjazdu, a opiekę nad domostwem przejmuje zła macocha.
Ella, bo tak na imię ma Kopciuszek, jest dziewczyną, która godnie znosi swoje traktowanie. Przez długi czas po prostu przyjmuje kolejne policzki, a to co dzieje się w domowych „czterech ścianach” jest tajemnicą jej i jej macochy. Swoje smutki wylewa po cichu, w ukryciu na strychu, gdzie towarzystwa dotrzymują jej mysi przyjaciele.
Kenneth Branagh znany jest z reżyserskich perełek. Nawet jego „Thor” ma w sobie ogromne pokłady „szekspirowości” i chociaż oceniany jest on bardzo krytycznie, to nie należy ujmować mu teatralnych akcentów. Podobnie jest w „Kopciuszku”. Poza scenami dziecinnymi, wręcz komicznymi, np. wizyta wróżki i czary przed balem, są kadry, które potrafią zaskoczyć i zaniepokoić. Duża w tym zasługa Cate Blanchett, która w roli macochy sprawdza się idealnie. Na ekranie dosłownie towarzyszy jej mrok.
Pomimo tego, że mam już na karku 35 wiosen zostałem zauroczony tym dziełem. Jest ładne, jest ładnie zagrane, ma w sobie wszystko, co taka produkcja powinna mieć, czyli dobrych i złych bohaterów, przesłanie, puentę, a że przy okazji zarobi się na tym kupę kasy, to nie jest ważne. Myślę, że z przyjemnością spędzicie trochę czasu z Waszymi dzieciakami podczas seansu.
