ONA:

Po wyczerpującym dniu dobry film działa zbawiennie na wszystko, przede wszystkim na umysł. Wtedy do szczęścia potrzebuję dobrego kina akcji, najlepiej z lekko komediowymi wątkami. I proszę bardzo, zgodnie z oczekiwaniami – „Kingsman”.

Rozpierducha, która miała miejsce podczas pierwszych scen tego dzieła uzmysłowiła mi, że będę miała do czynienia z kinem, który zrobi mi dobrze. Wiedziałam to po tym, gdy seksowna Gazelle, która zamiast nóg miała super ostre protezy, przecięła kolesia na pół, a później przykryła wszystkie zwłoki, bo jej sepleniący szef, Valentine (Samuel L. Jackson), nie lubi widoku krwi. Niezłe wyznanie, jak na pragnącego śmierci tysięcy osób, mordercy.  Potem poznajemy Galahada (Colin Firth) – dosyć specyficznego szpiega, który przyszedł do świeżo owdowiałej żony swojego przyjaciela, informując ją, że dostaje „przywilej”, którego może wykorzystać w problemowej sytuacji. Mijają lata. „Problemową sytuację” ma Eggsy. Jest on synem nieżyjącego szpiega, w którym Galahad odkrywa ogromny potencjał. Młody dostaje propozycję wywrócenia swojego dotychczasowego życia – może dołączyć do elitarnego grona. Razem z innymi śmiałkami rozpoczyna szkolenie. Dodam, że to bardzo specyficzne szkolenie, które ma nauczyć ich, że wszystko jest ważne: zaufanie, praca w grupie, odwaga… Zostanie tylko 1 osoba.

Tymczasem Valentine planuje zrobić coś naprawdę gigantycznego. Marzy mu się wielka bijatyka, w której ludzie sami siebie pozabijają. Wykorzystuje do tego celu telefony komórkowe – karta sim w odpowiednim momencie ma zostać aktywowana, a ze zwykłych ludzi ma zrobić samoniszczące się potwory. Trzeba go powstrzymać za wszelką cenę…

Każdy z nas ma swoją ukochaną i ulubioną „proporcję” w filmach. Ja bardzo lubię kiedy sensacja, akcja, lekki kryminał i szyderczy humor mieszają się, a przy tym jest świetne aktorstwo i super fabuła, która pochłania i wciąga bez reszty. W filmie „Kingsman” mam to wszystko. Jest dynamicznie i zaskakująco. Można się też zdrowo pośmiać, przy czym gagi są inteligentne, a nie pierdząco-rzygające. To takie lekkie mrugnięcie w stronę kina szpiegowskiego, bondowego i bourne’owego, ale nie w prześmiewczy sposób. Świetna rozrywka, pozycja warta obejrzenia.

ON:

Niedoścignionym dla mnie komiksem szpiegowskim jest „Queen & Country” Grega Rucki. Opowiedziana w bardzo dramatyczny sposób historia trzyma w napięciu, a przedstawione przez artystę postacie, są głębokie i naprawdę dają się lubić. Nie spodziewałem się, że „The Secret Service” Millara i Gibbonsa może być ciekawą odpowiedzią komediową, odskocznią od szpiegowskich tematów.

Gdy kilka dni temu obejrzałem „Kingsman: Tajne Służby”, to do samego końca, do napisów końcowych uśmiechał mi się pysk. To naprawdę świetna produkcja, która łączy kino akcji, kino szpiegowskie, dobrą komedię i jeszcze kilka innych gatunków, które aż się proszą o swoje miejsce w tym dziele. Dodatkowy atut to obsada, ta najlepsza, z najwyższej światowej półki, z genialnym Samuelem L. Jacksonem i fenomenalnym Colinem Firthem.

Gary „Eggsy” Unwin jest młodym człowiekiem, który nie może nigdzie zagrzać miejsca. Gdy był mały zmarł jego ojciec, co doprowadziło jego matkę do ogromnej depresji. Zaczęła spotykać się z jakimś lokalnym bandziorem, z którym zaszła w ciążę, a Gary został sam sobie. Wiele lat wcześniej, gdy był jeszcze młodym chłopcem, do jego domu przyszedł elegancki mężczyzna i zostawił mu dziwaczny medalik z wyrytymi na nim numerkami. Dodatkowo przekazał mu tajemnicze hasło, które może im w przyszłości uratować im życie. Tak naprawdę Ojciec Eggsy’ego był Kingsmanem, czyli członkiem tajnej organizacji szpiegowskiej, która czuwa nad bezpieczeństwem ludzkości. Agenci tej grupy przybierali imiona Rycerzy Okrągłego Stołu. Jednym z nich jest przyjaciel i dłużnik ojca, Harry Hart. Mężczyzna zjawia się w najmniej oczekiwanym momencie i wyciąga młodego rozrabiakę z więzienia. Podczas następnych kilku minut dowiemy się rzeczy, których istnienia nigdy byśmy nie podejrzewali.

W międzyczasie poznamy niejakiego pana Valentine. To światowej sławy psychol, który bardzo dobrze się kryje. Pod pretekstem filantropii i dobrego serca chce rozdać za darmo kartę sim, która pozwala serfować po sieci, czy też rozmawiać za darmo z innymi osobami. Tak naprawdę jest to neuroprzekaźnik, który robi z ludzi bezmyślne maszyny do zabijania. Do czego są zdolni – widać najlepiej w jednym, małym kościele. Co ciekawe, Valenitne ma ogromną siłę przekonywania osób na wysokich stołkach, aby przyłączyły się one do jego popieprzonego planu.

W czasie, gdy Valentine szybko przygotowuje się do apokalipsy, Eggsy zaczyna pobierać nauki w kwaterze „Kingsman”, a jeśli zda egzamin, to stanie się jednym z najlepszych szpiegów.

W ”Kingsman” widać „Kick-assowe” korzenie. Matthew Vaughn stworzył naprawdę świetne, barwne postacie na bazie komiksowych bohaterów. Coraz częściej udaje się twórcom to, co w latach 90-tych ubiegłego stulecia powodowało na naszych twarzach wyraz politowania. Wreszcie komiks stał się medium, które jest podwaliną pod naprawdę wciągające filmy.