ONA:

Już od dłuższego czasu nie chodzę na polskie filmy do kina. Zawiodłam się tyle razy, że wolę za cenę biletu kupić sobie flaszkę, poważnie. Żenujące dowcipy w komediach, non stop ta sama fabuła w obyczajach i dramatach, żałosne wykonanie, oklepana obsada i cała reszta, o której nie chce mi się nawet pisać. Na ogół czekam na wersję DVD lub telewizyjne. Ale teraz zupełnie szczerze – żałuję, że na „Pokłosie” do kina nie poszłam. Żałuję, bo to jeden z najlepszych filmów, stworzonych przez rodaków, który powstał w ciągu ostatniego zyliona lat. „Pokłosie” to bardzo dobra produkcja. BARDZO!

 Zastanawiam się od dłuższej chwili co mogłabym napisać, by kogoś zachęcić do pochylenia się nad tym dziełem. Może zacznę od historii, która poprowadzona jest z sensem od początku, do końca, a brak ckliwego happy endu (sorry za spoiler) sprawia, że nie jest wycackana, a zły, tajemniczy i ciężki klimat nie kończy się słodkim podsumowaniem. Mamy jakąś małą, zabitą dechami mieścinę, w której światopogląd mieszkańców jest ograniczony do bardzo wąskiego horyzontu, a każda forma wychylenia się ponad traktowana jest jako zagrażający spokojowi odchył, którego tu się nie akceptuje. Ludzie w takich mieścinach są stereotypowi, co powie ksiądz jest najważniejsze, no chyba, że mówi coś, co budzi wątpliwości. Wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko, a monitoring ma jakieś 60 lat i opiera się na poduszce położonej na parapecie. Mało komu udaje się wyrwać z takiego kurwidołka, a jeśli już to jakimś cudem zrobi – pragnie szybko zapomnieć o tym miejscu. W takich wsiach trzeba żyć według jednej zasady: „Nie wychylaj się i rób to, co robią wszyscy” – wiecie, „jedzmy gówno, bo miliony much nie może się mylić”. Jest jeden sklep, w którym towarem głównym jest tanie piwsko i chleb, bo przecież wódkę każdy pędzi w domu. Mieszkańcy mają czerwone mordy, za to nie mają zębów i najpewniej obmacują swoje własne siostry zaraz po powrocie z mszy niedzielnej. Tak jest i w tym grajdole. I o dziwo ktoś do niego wraca. Tym ktosiem jest Franciszek Kalina (Ireneusz Czop), który postanowił odwiedzić stare kąty po ucieczce za wielką wodę przed laty. Emigracja dała mu szansę na nowe, lepsze życie, ale w domu rodzinnym – skazała na wieczne potępienie. Ale ludzie umierają – aż kusi, by dodać „na szczęście” i na ojcowiźnie został tylko brat – Józek, który właśnie ma na pieńku z miejscowymi. Tragedia wisi w powietrzu. Franciszek początkowo bardzo sceptycznie do wszystkiego podchodził, ale gdy brat zaczął go wprowadzać w pewną tajemnicę, oddał się (jak i on) temu totalnie. Tragedia jeszcze bardziej wisi w powietrzu… Tyle, jeśli chodzi o fabułę. Daje ona zdrowo po łbie, a Polak przedstawiony jest tu tak, by bolała nas przynależność do tego narodu. Najgorsze jest jednak to, że jest to może i nieco przejaskrawiony obraz, ale jest w nim od groma prawdy…

 Idźmy jednak dalej – „Pokłosie” to film bardzo dobrze zrealizowany pod względem technicznym. Władysław Pasikowski – reżyser i scenarzysta, osadził historię w bardzo spokojnym, nieco nawet arkadyjnym tle. Gąski sobie idą, złote łany pszenicy smagane są ciepłym wiatrem, las szumi, a ptaki ćwierkają. To świetne miejsce by zapomnieć o całym świecie. Tylko ludzie, którymi otaczamy się dookoła są podłymi kreaturami. Z kilkoma wyjątkami. Ten film ma ciężki klimat, jest brudny, jest mocny. Ma momenty, które wstrząsają widza i dają mi solidnego plaskacza w twarz. Nienawiść – to słowo-klucz, które towarzyszy nam przez całe dzieło… Montaż – bardzo wysoka klasa. Film jest dynamiczny i zaskakujący, nie nudzi, nie jest też wypełniony durnymi błędami i typowymi dla naszych twórców fuckupami. Aktorsko? Maciej Stuhr bije na głowę każdego aktora w tym kraju. Może zagrać w komedii, może w dramacie. On zjada cały ten film, ale za cholerę nie umiałam zrozumieć o co chodziło w całej tej nagonce na niego. Co dalej? Muzyka – subtelna. Przez większość filmu towarzyszy nam cisza. I tak też ten film się ogląda – w ciszy… Czy „Pokłosie” to film dobry i warty uwagi? Tak. Bez wątpienia. Trudno zarzucić mu cokolwiek.

Tak, jestem trzeźwa pisząc te słowa. „Pokłosie” to film, z którego możemy być dumni.

ON:

Tak sobie myślę, że albo mamy wysyp dobrego polskiego kina, albo moje oczekiwania względem rodzimej kinematografii bardzo zmalały. Chociaż nie. Przecież kilka dni temu pojechaliśmy po „Sępie”, który nie nadawał na nic i przypominał wyrób filmopodobny. Nie ukrywam, że jestem czasem mile zaskakiwany przez polskie produkcje i to zaskakiwany całkiem pozytywnie. Okazuje się, że można zrobić film plastyczny, z sensownym scenariuszem, bez dużej ilości luk i dobrą grą aktorską. Takie dzieła zdarzają się rzadko, ale są i to jest chyba najważniejsze.

„Pokłosie” obejrzeliśmy przypadkiem, do rodzinnej „Barbórki”. Stół zastawiony pysznościami, lekkie drinki – po prostu chill. Wszyscy czekaliśmy na seans, bowiem tak samo jak my obraz chcieli zobaczyć rodzice. Zanim jeszcze rozpoczęła się emisja było śmiesznie, wesoło, głupkowato, ale im dalej zagłębialiśmy się w historię braci Józefa i Franciszka Kalinów, tym robiło się bardziej posępnie. Trzeba przyznać, że klimat jaki uzyskano, potrafił czasem przygnieść.

Franciszek przyjeżdża do kraju po latach spędzonych lata w USA. Oddalił się od brata, który z jakiegoś powodu popadł w konflikt z miejscową ludnością. Początek jest lekko zamglony, niejasny. Dowiadujemy się kilku szczegółów z życia mężczyzn, skapnie trochę wiedzy na temat lokalnej hołoty, ale to tylko kropla w morzu. Całość wydaje się sztuczna, trochę sztywna. Dialogi pomiędzy braćmi są bardzo zachowawcze, ale gdy Franciszek zdobędzie kilka niezbędnych dla fabuły informacji, wszystko się rozkręca. Jego interakcja z mieszkańcami i księdzem staje się kołem zamachowym dla całej historii. Skłóceni wcześniej mężczyźni stają ramię w ramię i razem rozwiązują zagadkę z przeszłości, tyle że mają przeciw sobie całą okoliczną ludność. Dlaczego? Bowiem w Polsce zdarzały się także rzeczy złe, a ich sprawcami byli i Polacy. Dobrym na to przykładem jest „Róża” Smarzowskiego.

Bardzo szybko zmieniłem swoje negatywne nastawienie do tego dzieła. Stuhr pojawia się w coraz to ostrzejszych rolach i naprawdę potrafi zaskoczyć. To już dorosły facet, a nie dzieciak znany z komedii lat 90-tych. Fantastyczne jest to, że nie obawia się grać tych złych lub buntowniczych postaci. Bardzo charyzmatyczny, często ciągnie „Pokłosie”. Nie można też nic zarzucić Ireneuszowi Czopowi, który świetnie rodzi sobie z rolą domorosłego detektywa. Film jest bardzo plastyczny, kadry i sceny płynnie przechodzą przez siebie, zmieniają się scenerie, zmieniają postacie, a my nie mamy problemu z tym, że skaczemy po wątkach i nie wiemy co się dzieje. Bardzo dobrze od całej historii oddzielono zakończenie. Zostaje lekki niedosyt, ciekawość, a część opowieści będzie trzeba sobie dopowiedzieć, ale takie wyjście daje produkcji dodatkowy plus.

„Pokłosie” jest filmem dobrym. Fantastyczne jest to, że dzieje się w czasach nam współczesnych i pomimo grzebania się w historii nie mamy walki narodowowyzwoleńczej, która jest głównym tematem Polski filmowych etiud. Jeśli chcecie się zaopatrzyć we własną kopię tego dzieła, a uważam, że warto to możecie je teraz znaleźć za około 30zł.