ON:
Zakochałem się w grze „FEZ” – ta niesamowita produkcja pokazała mi, że rozrywka elektroniczna idzie w nowym kierunku, któremu bliżej do sztuki, niż do bezmyślnych nawalanek. Ile razy słyszeliście, że gry są głupie, wzbudzają agresję, przy komputerze psujesz sobie oczy itd. Wiele? No ja też. Gram od ponad 20 lat. Nikogo nie zabiłem, wzrok i słuch mam całkiem okej, a język angielski ćwiczyłem między innymi na pierwszym “U.F.O.” od Microprose. Teraz, wiele lat później, na gry patrzę z innej perspektywy. Wiem dobrze, że nie grafika, ale grywalność oraz pomysł są czymś, co jest prawdziwym „mięsem” każdej produkcji i tak też jest w przypadku „Journey”.
Tytuł ten pojawił się na konsoli PS3 kilka lat temu, ale swoją premierę na PS4 miał dosłownie kilka dni temu. „Odświeżona” wersja przygotowana została dla tych, którzy nie mieli okazji grać wcześniej ten tytuł lub chcieliby do niego wrócić na nowej konsoli. Jedni i drudzy na pewno będą zadowoleni, ponieważ „poprawione” „Journey” nie zmienia samej gry. Poza podniesioną rozdzielczością oraz ilością wyświetlanych klatek nic się tutaj nie zmieniło. Drobne, kosmetyczne poprawki nie mają ogromnego wpływu na samą produkcję. Co zatem jest w tym tytule, że okrzyknięto go małym dziełem sztuki?
Po pierwsze jego tajemniczość. Od samego początku nikt nas nie prowadzi za rękę, nikt nic nie mówi, a jedynie sugeruje, w którym kierunku mamy się udać. Przemierzamy wiec pustynną krainę, która usiana jest starymi ruinami, elementami architektury, ale przede wszystkim wszędobylskim piaskiem. Nasza postać odziana jest w czerwonawe ubranko, na którym wypalone są jasne runy. Ich cel odgadniemy za jakiś czas, ale będą one niezmiernie nam potrzebne do ukończenia gry. Kierujemy więc swoje kroki w kierunku jasnego światła, które pojawiło się gdzieś na horyzoncie. Każda część naszej podróży składa się z maleńkiego etapu, którego pokonanie nie jest wyjątkowo trudne, wymaga on po prostu odrobiny „pomyślunku”. Każda „scena” przybliża nas do finału, który naprawdę może zaskoczyć lub rozczarować, wszystko zależy od tego, jak podejdziemy do tego tytułu.
Kolejny plus to oprawa graficzna. Piasek dosłownie „skrzypi” pod naszymi nogami, słońce pozostawia „flary” na ekranie, wiatr rozwiewa fałdy naszego ubrania. To wszystko sprawia, że mamy do czynienia z opowieścią magiczną, wyjątkową, trochę bajeczną, a trochę filmową. Uzupełnieniem jest dźwięk. Fenomenalny, pasujący do całości. Nie usypia ale i uspokaja.
Ciężko jest opisać tę grę. To maleńka perełka, którą jedni będą kochać, a inni przejdą obok niej obojętnie.