ONA:

Komedia o aborcji. No sorry, ale dla mnie to jakiś straszliwy abstrakt. Rozumiem, że tego typu dzieła mają przede wszystkim oswajać nam pewne tematy, ale zestawienie żartu z dość problemowym elementem zupełnie mi się nie kleiło. „Juno” już było dość kontrowersyjnym obrazem, bo dotyczyło nastolatki w ciąży, a tu już twórcy zdaje się pojechali po bandzie. Zatem czas na skrobankę i „Obvious Child”.

Donna Stern to młoda kobieta, która stara sobie poukładać życie w miarę możliwości. Ma faceta, ma pracę, ma pokój, fajnych przyjaciół, a do tego wszystkiego jest uzdolnioną stand-upówą, o ciężkim humorze, z rewelacyjną ripostą i dystansem. I boom! Najpierw zostawia ją facet. Traci pracę. Potem błaźni się na scenie, a ramach leczenia duszy zalewa pysk i puka się z pierwszym lepszym, oczywiście bez zabezpieczenia. Kiedy zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że w jej macicy kiełkuje powoli żywe stworzenie, na które ona oczywiście nie jest gotowa, postanawia rozwiązać problem, przy pomocy odpowiednich klinik, bo to przecież nie Polska, gdzie takie zabiegi robi się hakiem do pieca w piwnicy. Niestety, zabieg ten nie jest darmowy i dziewczyna musi uzbierać kasę. Ale to tam akurat najmniejszy problem. Nie dość, że w jej życiu ponownie pojawia się koleś od „one night stand”, to jeszcze czeka ją przeprawa z własną matką.

No przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia. Z jednej strony to niby komedia, która przecież powinna bawić. Z drugiej – to smutnawy dramat, ale kwestia aborcji jest tu przygnieciona dość daremnym życiem głównej bohaterki. To mnie bardziej przeraża, niż ta zygota w macicy, czy gdzie się te kilka komórek zagnieżdża. Przez większą część filmu myślałam o tym, że ja też przecież należę do tego pokolenia, które ma problem z „perspektywą”, gdzie liczy się tu i teraz, a odłożenie 500$ to jakiś abstrakt. Przypadkowy seks zwieńczony ciążą? Się wyskrobie, jakoś to będzie. Ja tu orzę, by wydobyć się z tego zbiorowiska, zapominając już powoli co to jest spontaniczność, a oni robią taki film. Nie zrozumcie mnie źle, to dobrze, że pewne społeczne problemy podejmowane są w filmach, ale ten mnie drażnił wybitnie. Wrócę jeszcze raz do „Juno” – to dzieło miało klimat, było ważne. A „Obvious Child”? Jestem przerażona nie tematem, a kontekstem. I to mnie niestety nie bawi. Poza tym, co to za komedia bez pierdzenia, rzygania i śmiania się z mniejszości? I bez wybuchów…

ON:

Główna bohaterka „Obvious Child” ma dość duży problem ze zdobyciem naszej sympatii. Jej zachowanie jest wypadkową wielu nastrojów, a problemy przez nią generowane nie należą do tych najprostszych. Gdy już myślimy, że jesteśmy trochę bliżej, ona znów zachowuje się w sposób irytujący.

Do filmu tego zabierałem się od dwóch lub trzech tygodni. Dziś to już dostałem opierdziel od Pauliny, że najwyższy czas go obejrzeć. Wziąłem więc tyłek w troki, poszedłem do salonu i zakotwiczyłem przed telewizorem. Całe szczęście obraz ten trwa tylko 83 minuty i jest na tyle bezinwazyjny, że można obejrzeć go nawet kiedy robimy coś innego.

Donna Stern to dwudziestoparoletnia komediantka. Specjalizuje się w stand-upie, chociaż specjalizacją ciężko to nazwać. Jej dowcip jest śmieszny jak mające try tygodnie skarpety stojące samoistnie w kącie pokoju lub jak sraczka w środku szkolnego przedstawienia. Produkuje się na tej scenie, ktoś nawet się zaśmieje, ale szukanie w jej wystąpieniu sensu jest tak samo skuteczne, jak szukanie uczciwego Cygana. Po jednym z takich żenujących stand-upów, jej facet informuje ją, że muszą się rozstać, bowiem on od dłuższego czasu puka jej koleżankę. Donna nie przyjmuje tego na klatę, lecz rozkleja się jak chińskie trampki po maratonie. Mija kilka tygodni, jej nastrój udziela się także w jej pracy, przez co jej występy są jeszcze gorsze, niż były, a to już osiągnięcie. Po jednym z takich występów spotyka w barze Maxa, młodego i przystojnego faceta, który jest wyraźnie zainteresowany jej osobą. Wieczór spędzają razem, a następnego dnia rano Donna wymyka się z mieszkania mężczyzny. Kilka tygodni później okazuje się, że jest w ciąży, a ojcem dziecka na 99% jest jej kolega „na raz”. Ponieważ dziewczyna nie jest kandydatką na mamę, postanawia nie mówić nic biologicznemu ojcu i pozbyć się dziecka.

Oczywiście nim dojdzie do aborcji ma miejsce cala masa wydarzeń, które wpływają na decyzję i zachowanie Donny. Cześć z nich jest racjonalna, a duża część to nijakie historyjki, starające naśladować się rzeczywistość. Mnie to nie niestety, nie przekonuje. Nie nudziłem się przy tym filmie, ale nie rzucił mnie też na kolana. Po prostu takie babskie kino na raz.