ONA:
Jeśli słyszę hasło „film wojenny” to widzę napierdalający napalm, okopy, brud, krew i łzy. Widzę czołgi, strzelanie, bomby i pociski. Widzę akcję, która wywala mi bebechy na lewą stronę. Widzę też często drugie przesłanie, które mówi, że wojna jest zła. Zawsze jest zła. A w „Good kill” było wszystko, poza akcją. Czy to się uda?
Major Tom Egan (Ethan Hawke) jest żołnierzem amerykańskiej armii, któremu powierzono ważną misję. Jest pilotem drona, przy pomocy którego rozwala się wrogów. Jeden pocisk i z wroga zostaje różowa mgła. To taki „nowoczesny” sposób uczestniczenia w wojnie. Pracuje w Stanach, ma rodzinę na wyciągnięcie ręki, może żyć normalnie. Co nie oznacza, że tak jest. Tom zatraca się w tej rzeczywistości. W pracy posłusznie wykonuje rozkazy, ale nie zawsze się z nimi zgadza, na przykład wtedy, gdy trzeba strzelić w miejsce, w którym są cywile, często kobiety i dzieci. Jego przełożeni wbijają mu do głowy, że przecież ta wojna jest z jakiegoś powodu i to, że oni przestaną zabijać wrogów nie oznacza, że wrogowie zrobią to samo z nimi. Kryzys zawodowy się pogłębia, a Egan coraz głośniej go manifestuje. Niestety, mocno wpływa to również na jego życie prywatne. Opróżnia butelki, sprzecza się ze swoją kobietą, jest nieobecny, nie można na nim polegać. Oczywiście epicentrum wydarzeń, zarówno w pracy, jak i w domu, nałoży się na jeden czas.
Dziwny jest ten film. Jak na wojenny – to nie ma w nim praktycznie wcale akcji. Nie chcę powiedzieć, że jest nudny, ale tak właśnie jest. Ujęcie z drona, procedura, jebut, policzenie trupów, koniec dnia w pracy. Potem w domu kłótnie, butelka w łapę. I znowu – dron, namierzenie, jebut… Dopiero po czasie zauważyłam, że tu nie chodzi o samą wojnę. Tu chodzi o to, co ona robi z ludźmi, nawet, gdy siedzą oni w bezpiecznym miejscu, tysiące kilometrów od konfliktu i to oni zawsze wygrywają, są panami życia i śmierci. To dzieło wyrzyguje z emocji, wali w najczulsze miejsca, dociera do żywego. On autentycznie boli. Dużo tu ciszy, snucia się, a to pozwala na rozmyślanie i refleksję. Nawet jak coś wygląda jak Battlefield, jest prawdziwym zabijaniem.
Ethan Hawke, aktor dla mnie trochę zapomniany, w tym dramacie pokazał, że ciągle coś w nim drzemie. Jego bohater ze swoimi rozterkami uczestniczy nie tylko w wojnie z wrogiem, ale i z własnym sumieniem.
ON:
Reżyser Andrew Niccol starał się rozprawić z dość trudnym tematem, jakim jest sumienie żołnierza, ale nie takiego typowego trepa, a człowieka, który kieruje maszyną do zabijania, bojowym dronem. Praca takiego wojaka jest inna – nie przypomina tego, co znamy z filmów wojennych. Wyobraźcie sobie bowiem, że siedzicie spokojnie w niewielkim kontenerze naszpikowanym elektroniką i sterujecie maszyną, która znajduje się tysiące kilometrów od was. Naciśnięcie spustu, zabicie osoby, doprowadzanie do zagłady całych miast nigdy nie było tak łatwe.
Niccol miał świetny pomysł, ale coś poszło nie tak podczas realizacji. Świetny, zmagający się z własną głową Ethan Hawke, wcielający się w Majora Toma Egana, to za mało, aby uratować tą przegadaną do bólu produkcję. Film jest po prostu za długi.
Nowoczesna wojna pozwala na wykorzystanie techniki, która bardzo różni się od tego, co znane było jeszcze 30-40 lat temu. Jednak wydawanie rozkazów się nie zmieniło. Zawsze znajdą się „tęgie głowy”, które zmuszą zwykłego żołnierza do zrobienia roboty. Właśnie te „puste komendy”, często dostarczane przez słuchawkę telefonu, pochodzące od osób anonimowych, są największym problemem. Będąc narzędziem w rękach struktur wojskowych nie możemy się sprzeciwić swoim przełożonym, bowiem niesubordynacja jest srogo karana. Problem jest taki, że ktoś z CIA nie przejmuje się śmiercią cywilów, którzy giną podczas ostrzału. To piloci dronów widzą na ekranach swoich monitorów kogo zabijają. Często są to kobiety i dzieci, za śmierć, których nikt nigdy nie podniesie odpowiedzialności. Takie momenty są traumatyczne dla głównego bohatera. Gdy Tom Egan zaczyna rozkładać na czynniki pierwsze swoją pracę, dochodzi do konfliktu wewnętrznego, który ma wpływ nie tylko na jego zajęcie, ale także na rodzinę i kontakty z najbliższymi. Widzimy powolny rozpad wewnętrzny, z którym facet po prostu nie może sobie poradzić.
„Good Kill” to dramat wojenny, który jest dość specyficzny. Nie ma tu za wiele strzałów i wybuchów, poza tymi nielicznymi, które pochodzą z broni zamontowanej na dronie. Tu przede wszystkim mamy rozmowy, dialogi i niekończącą się nudę, która powoduje, że film ten się po prostu dłuży. Obcięcie go o 20-30 minut zrobiłoby mu bardzo dobrze. Niestety, nikt na to nie wpadł i przez to mamy dzieło, które dotrze do bardzo wąskiej grupy odbiorców.
