ONA:

Nie powinnam zupełnie wypowiadać się na filmy z gatunku sci-fi, bo to tak jakby kowal brał się za odbieranie porodu, a baletnica za renowacje renesansowych malowideł. Po prostu z góry można założyć jak to się skończy i w tym przypadku zupełnie Was nie zaskoczę. „1000 lat po Ziemi” to film, który nie podobał mi się totalnie. Nie zaskoczył on mnie niczym. Na szczęście jest w miarę krótki, a co za tym idzie – dość dynamiczny, więc nie zdążyłam przysnąć. Nawet jednym okiem.

Ziemia już dawno temu uległa katastrofalnym zmianom, przez które ludzie musieli ją opuścić. Przedstawiciele naszego gatunku na szczęście na tyle dobrze ogarnęli postęp i technologię, że nie wyginęli, oj nie. Wręcz przeciwnie – żyją sobie w nowym „domu”, na Nova Prime i nawet to życie przypomina to, które my znamy, z problemami, które my znamy. Jednak są pewne różnice. Bo dojrzewający, pyskujący dzieciak to jedno, a ślepe, wyczulone na strach człowieka potwory to drugie. Generał Cypher Raige (Will Smith) jest legendą. Oczywiście im bardziej zawodowo się on spełnia, tym większą dupę zastaje w domu. Po stracie córki ta cała sytuacja jest jeszcze cięższa. Rzucenie się w wir pracy jest często najlepszym wyjściem… Ale oczywiście to film, więc losy bohaterów trzeba na maksa skomplikować, jakby samo życie w kosmosie było proste. Cypher chcąc zacieśnić i poprawić kontakty z synem, który swoją drogą jest strasznym wrzodem na dupie, postanawia zabrać go na misję. Pomysł jest strasznie skretyniały, ale cóż. Oczywiście, podczas podróży po Układzie Słonecznym, statek naszych bohaterów zostaje uszkodzony, a oni z impetem lądują na Ziemi, która nie jest zbyt bezpieczną planetą. Załoga oczywiście ginie, ślepy potwór, którego przewozili ucieka, a Raige Senior zostaje ranny. Młody staje przed ciężkim zadaniem. Musi dostać się do ogona rozbitego statku, który gdzieś tam w pizdu wylądował, by zdobyć drugi nadajnik i nadać komunikat, żeby ich ktoś uratował. Bez dwóch zdań będzie ciężko, ale technologia jest tak posunięta, że w całej wyprawie syna „towarzyszy” mu ojciec. Bardziej to wszystko przypomina mi inicjację w jakieś armii, niż próbę przetrwania, ale co poradzić… Wędrując po Ziemi młody Raige ćwiczy swój charakter, obserwuje prawa natury i coś w tej jego głowie zaczyna się układać. Cypher z kolei wreszcie zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jego syn dojrzewa, ma swoje problemy, swój światopogląd. I wtedy zaczynają się schody… Nadajnik, umożliwiającym Raige’om kontakt, zostaje zniszczony, a potwór jest coraz bliżej.

Konstrukcja tego filmu jest tak straszliwie banalna, tak bardzo oklepana, że nie jesteście sobie wstanie tego nawet wyobrazić. To wszystko już było i to tyle razy, że każda kolejna wersja jest ciągle jakąś tam formą kopii. A jak to z kopiami bywa – każda kolejna traci na wartości. M. Night Shyamalan mnie ostatnio strasznie zawodzi, a przy pomocy „After Earth” osiągnął dno. Ponoć szukanie logiki i sensu w filmach sci-fi jest błędnym założeniem, toteż tego nie robiłam. Ponoć w naszych czasach szukanie spektakularności w efektach w filmach sci-fi jest bzdurne, toteż tego też nie robiłam. No to na czym się mam skupiać? Na Smithcie, który nie pasuje do tej roli? Czy może na młodym Smithcie, który bije rekordy w niepasowaniu do roli? Wierzcie mi, próbowałam, ale to dzieło jest bardzo, bardzo słabe i strasznie wtórne.

Last but not least!
1. Najbardziej rozbawiło mnie to, że bronią głównego bohatera, w czasach tak postępowych, była „dzida”.
2. Pierwszym zamysłem twórców, było stworzenie filmu o wspólnej wyciecze syna i ojca na camping, podczas której mają oni wypadek, a młody musi iść znaleźć pomoc. Łaaaał! Jakie to wszystko odkrywcze!

ON:

Dziś będzie o kolejnym filmowym rozczarowaniu. Tym razem film science-fiction w reżyserii kultowego kiedyś M. Night Shyamalana. Twórcy, który zapomniał w pewnym momencie jak i po co tworzy się filmy i zaczął produkować niesamowite gnioty. Szkoda, że opisywane dziś dzieło nie pada daleko od poprzedników.

„1000 lat po Ziemi” mogłoby być świetnym hard sci-fi, gdyby nie zrobiono z tego dzieła kina rodzinnego. Główną osią napędową są stosunki pomiędzy Cypherem Raige, wysoko postawionym wojskowym, który uratował tysiące ludzi podczas walk z kosmicznymi najeźdźcami, a jego synem Katai. Ten, pomimo młodego wieku, ma ogromne aspiracje do bycia strażnikiem, jak jego ojciec, ale swoista niesubordynacja i problemy z radzeniem sobie w terenie, deklasują go z tego stanowiska. Zawiedziony swoją porażką podczas nominacji chłopak musi przejść jeszcze jedno upokorzenie, musi powiedzieć ojcu jak bardzo dał ciała. Stosunki pomiędzy nimi są bardzo chłodne i naprawdę ciężko jest je utrzymać w ryzach. Arbitrem jest żona Cyphera, która proponuje mu zabrać syna na następną misję. Wspólne spędzone chwile mają zbliżyć ich do siebie i odbudować zerwaną więź.

Nic nie przygotuje ich na to, co wydarzy się podczas podróży. Statek, którym lecą, wpada w burzę asteroidów, te zaś niszczą powłokę ochronną okrętu. Uszkodzony, ale nadal sprawny pojazd, dokonuje skoku mającego go uchronić przed kolejnymi kolizjami. Niestety, nie wszystko idzie tak, jak powinno i w pobliżu opuszczonej setki lat temu Ziemi Cypher podejmuje decyzję, od której będzie zależało ich życie. Pomimo ogromnego zagrożenia postanawia wylądować na opanowanej kiedyś przez ludzkość planecie. Tyle, że te lata dawno minęły, a natura sama zadbała o siebie i swoje dzieci. W tej chwili zielony glob zamieszkany jest przez tysiące roślin i zwierząt, które tylko czekają na takie łatwe do upolowania mięsko, jakim jest człowiek. Podczas procedury lądowania dochodzi do awarii, statek rozbija się, a jedynymi osobami, które przeżyły są Cypher i jego syn. Tyle, że ten pierwszy ma złamane obie nogi, w tym jedną bardzo poważnie, a młodzieniec za nic nie jest przygotowany na misję, która go czeka.

„1000 lat po Ziemi” jest ładne i dopracowane, ale to za mało, aby zainteresować widza, przyciągnąć go na dłużej. Może jakbym był nastolatkiem w wieku Katai, to wtedy oglądałbym to dzieło z zapartym tchem. Mam jednak 34 lata i nie docierają do mnie wepchane w ten film frazesy i moraleski. Może jak macie dzieciaka i chcecie pokazać mu gatunek sci-fi, to wtedy ten film ogląda się lepiej. Dla mnie to jednak bardzo ugrzeczniona spacepapka.