ONA:
Jeśli chodzi o temat filmowy „Chcę stracić cnotę”, to moim zdaniem jest „American Pie”, a potem długo, długo nic. Nie wiem, może to temu, że jakoś bardziej utożsamiam się z bohaterami dzieła Weitzów (bez szarlotki, poproszę), ale dla mnie ta produkcja jest numerem jeden. Kilka dni temu obejrzałam „Supersamca”, w którym dominującym tematem też jest pierwszy wsad. Między tymi dwoma filmami jest 8 lat różnicy i miliony kilogramów humoru.
Seth (Jonah Hill) i Evan (Michael Cera) to przyjaciele od lat. Właśnie kończą liceum, ale ich głównym celem nie jest dostanie się na dobre studia, tylko zaliczenie. Wsad po same orzechy, a nie jakieś tam pitu pitu. To przecież najwyższa pora, żeby wreszcie użyć siusiaka do czegoś więcej, niż siusianie i zabawy własne. I jeden, i drugi mają konkretnie sprecyzowane jakie dziewczyny powinny ich obedrzeć z dziewictwa. I nawet jest ku temu okazja – impreza. Chłopcy mają zdobyć alkohol. Nic tak nie zaimponuje nastolatkom, jak kilka butelek likieru. Tylko że to wcale nie jest takie proste. W Stanach procenty można kupić dopiero, gdy ma się 21 lat. Ale od czego są fałszywe dokumenty i nieco przydurnawy kolega?
Od chwili, kiedy cała trójka znalazła się pod monopolowym, zaczyna się dziwna komedia, pełna pomyłek, gagów i odpowiedniego nacechowania erotycznego. Tylko szkoda, że to wszystko jest szalenie chaotyczne i niestety, mnie nie bawi. A ja mam bardzo dużą tolerancję na tego typu „dzieła”.
Obawiam się, że ja po prostu za stara jestem na tego typu dzieła, szczególnie, gdy mając prawie 30 lat na karku, oglądam ją po raz pierwszy. Bohaterowie drażnili mnie wybitnie, a M. Cera to dla mnie pomyłka, której nie jestem w stanie zaakceptować. Wynudziłam się strasznie. Roześmiałam się może ze dwa razy i to głównie dzięki S. Rogenowi, który gra tu niezbyt ogarniętego policjanta
Także „Supersamiec” mnie nie zadowolił. Wyszłam na starego, zrzędzącego pierdziela. Cóż, z doświadczenia wiem, że można zrobić głupią, durną, chamską i nabuzowaną seksem komedię, co niestety autorom tego dzieła nie wyszło. Wcale.
ON:
Wydawało mi się, że bardzo fajnie będzie wrócić do 2007 roku i obejrzeć jeszcze raz „Supersamca”. Tak naprawdę spodziewałem się jakiejś nostalgii, myślałem, że może w oku zakręci mi się łezka. Niestety, po seansie zdałem sobie sprawę z tego, że to kino straciło swój wdzięk. Pewnie bawiło mnie te 8 lat temu, ale teraz to kiepska komedyjka dla amerykańskich nastolatków, którzy jeszcze nie dupczyli.
Seth, Evan i Fogell to trzej kolesie z liceum, którzy nie są gwiazdami w swojej szkole. Można zaliczyć ich do grupy średnio lubianych nerdów. Każdy z nich marzy tylko o tym, aby chociaż raz zaliczyć szkolną koleżankę. Przecież iść na studia będąc prawiczkiem jest wielkim obciachem. Panowie są zdesperowani i tak naprawdę zrobią wszystko, aby dobrać się do majtek swoich koleżanek. Los chce, że pojawia się szansa na to, aby wkręcić się na imprezę organizowaną przez jedną z popularnych w szkole dziewczyn. Jedyne co muszą zrobić, to przynieść ze sobą ogromne ilości alkoholu. Kumple wpadają na genialny pomysł. W kupnie ma im pomóc podrabiany dowód, wystawiony na kolesia o imieniu McLovin. Kretynizm tej sytuacji jest tak zabawny, że wydaje się, iż ten plan może się udać. Trzeba przyznać, że chłopaki dają z siebie wszystko, aby wspomniany alkohol zakupić i dostarczyć na imprezę. Oczywiście nie może im iść za łatwo.
Poza wątkiem z alkoholem, dorzucone są typowe dopełniacze historii. Jest tu miejsce na odrobinę romantyzmu, jest prawdziwa męska przyjaźń, a także dwóch zdrowo popieprzonych gliniarzy. W całym obrazie brakuje jednak tego czegoś. Niby za ten film odpowiada Apatow Productions, ale nie jest to najlepsza produkcja, wychodząca spod tych skrzydeł. Poza tym to jednak typowo amerykańskie kino idealnie pokazujące tamtejsze realia. Dobrze to widać po wynikach finansowych. W USA zarobił on ponad 120 milionów dolarów, zaś poza granicami Stanów Zjednoczonych – tylko 48 baniek.
Nie ukrywam, że najfajniejsze w całym seansie jest oglądanie tej samej ekipy, która później wielokrotnie będzie starała się nas rozśmieszyć w innych produkcjach. Jonah Hill, Bill Hader, Seth Rogen to tylko część teamu, który bawi mnie zawsze. Jeśli chodzi o sam film, to oglądacie na własną odpowiedzialność, ponieważ cała opowieść trochę się zestarzała.
