ONA:
Baz Luhrmann to reżyser, którego dorobek filmowy jest maleńki. Widziałam 3 na 5 filmów, które stworzył. Poważnie, on nakręcił PIĘĆ filmów. Ale to wystarczyło, by wejść szturmem w hollywoodzki świat. Co się dziwić? Ten reżyser i scenarzysta odpowiedzialny jest za współczesną wersję najsłynniejszego dramatu Szekspira – czyli „Romeo i Julia”, z absolutnie uroczym Leo DiCaprio w roli głównej. Kolejnym dość sporym krokiem Luhrmanna było „Moulin Rouge!”, a po latach twórca znowu uśmiechnął się do DiCaprio, proponując mu rolę w filmie, który z góry był skazany na sukces. Trudno się dziwić, jak wziął się za dorobek jednego z najważniejszych, amerykańskich pisarzy – Francisa Scotta Fitzgeralda.
Przyznam szczerze, że podchodziłam do tego filmu jak pies do jeża. Ciekawość była przeogromna, bardzo cenię Leo DiCaprio jako aktora i z wszystkich stron docierały do mnie głosy, że film jest majestatycznie pięknie zrobiony. Ale z drugiej strony, to to jakby nie było jest melodramat, nieco ckliwa, miłosna historia bez happy endu, za to utwierdzająca wszystkich w przekonaniu, że kobiety są jednym z gorszych pomysłów Boga. Nie znałam tej książki, ale mam ją w planie – to ponoć klasyk, którego przeczytać trzeba. Nie znałam też tego filmu, ale akurat to nadrobiłam. Dziś – „Wielki Gatsby”.
Mamy rok 1922 (już się jaram!). Młody Nick Carraway (Tobey Maguire) planuje robić karierę w świecie wielkich finansów. Póki co mieszka na Long Island, po sąsiedzku ze swoją kuzynką Daisy (Carey Mulligan) i jej mężem Tomem (Joel Edgerton), z którym studiował. Spokojne życie zaburza zaproszenie od innego sąsiada, bogatego i wpływowego Jay’a Gatsby’ego (Leonardo DiCaprio). Tak zaczyna się dziwna relacja pomiędzy sąsiadami. Świat, w który wprowadził Nicka milioner, jest jakby światem z bajki, marzeniem, wzorem. Ale tak naprawdę nikt nie wie kim jest Gatsby. Dodatkowo sam zainteresowany podsyca wokół siebie atmosferę… Już nic nie jest tak oczywiste, jakby się wydawało. „Przyjaźń” pomiędzy Nickiem a Jay’em również ma konkretny cel. Niegdyś, piękna Daisy i Gatsby byli niegdyś parą, ale niestety, Jay nie należał wówczas do bogatych i wpływowych. Ona miała na niego czekać, ale wtedy pojawił się Tom, który spełniał oczekiwania finansowe. Po latach Gatsby pragnie za wszelką cenę odzyskać byłą kochankę, która niczym typowa kobieta – sama nie wie czego chce. Napięcie pomiędzy tym dziwnym czworokątem rośnie w siłę. Nie ma innej opcji – to musi skończyć się tragedią.
„Wielki Gatsby” to film, który jest wart obejrzenia, może niekoniecznie z powodu historii, ale bardziej od strony technicznej. Zaiste zrobiony jest z rozmachem, co zresztą widać. Oczywiście, możemy tu debatować nad tym ile z tej „zajebistości” jest efektem komputerowym, a ile nie, natomiast feeria kolorów, faktur, przepięknej scenografii i kostiumów, z dodatkiem bardzo dobrego montażu i zaskakującej muzyki (współczesnej!) – to z miejsca mnie zadowala. Już to dawno odkryłam: czasami bardziej skupiam się na „technicznym” aspekcie filmu, na tle, niż na tym co rzuca się w oczy od razu. Jeśli zaś chodzi o te banalne oczywistości, to ja już wielokrotnie to powiedziałam – DiCaprio jest jednym z lepszych aktorów, którzy aktywnie tworzą i zaskakują swoimi rolami. Dla mnie jego kreacje od lat są autentyczne i brawurowe. Ma ogromny talent, który miesza ze swoją „zawadiackością”, mimo upływu lat, to nadal uroczy chłopak, mogący wejść w rolę amanta, ale i podłego skurwiela. W „Wielkim Gatsbym” grubą linią odcina się od pozostałych aktorów. Zarówno Maguire jak i Mulligan wychodzą przy nim praktycznie amatorsko. Dodatkowo ona po raz kolejny obsadzona jest w roli kobiety, która skrajnie mnie irytuje. Nie mogłam na nią patrzeć – w tej roli jest kumulacją tych wszystkich cech, które skazują nas na wiecznie stereotypowe traktowanie.
ON:
Gdy maiłem okazję czytać „Wielkiego Gatsby’ego”, widziałem Amerykę zepsutą, a ludzką jednostkę samotną, uciekającą w alkohol, pieniądze i zabawę. Fitzgerald nie powstrzymywał się przed krytyką ówczesnego trybu życia w przepychu i rozpuście. Dzieło to zostało jednak docenione dopiero po śmierci pisarza, ale do dzisiaj uznawane jest za amerykański kanon. W 2013 roku niejaki Baz Luhrmann postanowił zabrać się za ekranizację.
O książkowym dziele napisałem czas jakiś temu recenzję i można przeczytać ją tutaj. Okazało się, że będę musiał także rozprawić się z adaptacją filmową. Właściwie mogę od razu napisać, że film ten zupełnie mi się nie podobał. Jest majestatyczny, jest plastyczny i barwny. Scenografia potrafi zaprzeć dech w piersi, ale to tylko grafika, karton i trochę efektów. Aktorsko także nie mam zastrzeżeń, ale jest coś co nie daje mi spokoju.
Jest to komiksowość tejże opowieści, spłycenie dzieła i zrobienie z niego jarmarcznego przedstawienia. Przesycenie kolorów, przesycenie emocji, które są sztuczne, w końcu przesycenie współczesną muzyką, tworzy ładną, kolorową papkę, która ślicznie wygląda i pachnie, ale z przetrawieniem jej mamy już problem. Gdy kolejne minuty mijały ciągnąc się i dłużąc, zastanawiałem się jakie było zamierzenie reżysera i scenarzysty. Niby mamy tutaj schedę po pisarzu, gdyż wątek zagadkowego Gatsby’ego poprowadzony jest całkiem dobrze i nie widać tak dużej różnicy pomiędzy filmem i książką. Tylko chyba ktoś zapomniał, że upudrowana kolorowa dziunia z Hollywood nie musi być trakcyjna dla patrzącego na nią faceta. I tak właśnie jest. Zapomniano o głębi, o wnętrzu i skupiono się na błyszczącej otoczce. Możliwe, że dlatego tak męczył mnie ten twór, znałem jego papierowy środek i wydaje mi się on piękniejszy niż celuloidowa skóra.
Nie będę się rozpisywał, gdyż tak jak pisałem wcześniej, fabułę streściłem przy okazji recenzowania książki. Ja jestem na nie.
